Recenzja Nothing Phone 3: podoba mi się, ale sam bym go nie kupił
Ten tekst powstał na podstawie materiału wideo, który znajdziesz na naszym kanale YouTube. Zobacz film tutaj.
Estetyka w kontrze do nudy

Tak jak wspomniałem we wstępie - Nothing Phone 3 to przede wszystkim odważna próba by wyróżnić się spośród masy innych smartfonów.
Sami przyznacie, że język projektowy większości z nich jest powtarzalny, a czasami wręcz do bólu odtwórczy.
Gdyby marka Nothing próbowała, tak jak chińska część rynku, stworzyć np. kolejną reinterpretację iPhone’a, to pewnie nikt nigdy nie usłyszałby o marce Nothing.
A już na pewno nie mówiłoby się o niej tyle ile się mówi i ja to doceniam. Doceniam ten spryt i odwagę.

Patrzę na ten smartfon i myślę sobie: ktoś naprawdę musiał mieć dziecięcy ubaw, wiedząc, że może stworzyć coś tak totalnie niepoważnego w branży technologicznej i posłać to dalej w świat.
Nie boją się iść pod prąd, na czele z kapitanem tego statku. Wystąpił on ostatnio w filmie, w którym to komentuje nieprzychylne recenzje youtuberów na temat właśnie pierwszego flagowca od Nothing.

Podczas gdy Apple wyłącza możliwość komentowania swoich filmów, to Nothing wypuszcza film, gdzie sam zainteresowany siada i osobiście konfrontuje się z krytyką.
Wprawdzie nie pomógł sobie tym filmem, ale znowu. Doceniam odwagę.
Pierwsze wrażenia i detale opakowania

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie byłem sceptycznie nastawiony do tego wyglądu.
Jednak po wyjęciu telefonu pomyślałem sobie, że kocham to szaleństwo – że jakaś banda odklejeńców w Londynie wymyśla takie rzeczy i nie tworzy kolejnej odlewni smartfonów, które próbują być jakieś.

Tu wszystko jest inne, łącznie z tym, że jak zawsze wita nas pudełko. Wygląda ono tak, jakbyśmy właśnie nabyli kolekcjonerską edycję urządzenia.
Wszystko tu ze sobą współgra, jest mocno designerskie i po prostu cieszy. Tym razem zawędrowała tu ciekawa nowość w postaci etykiety unijnej.
Informuje ona o klasie energetycznej smartfona, a także o tym, jak długo działa bateria, ile producent przewiduje cykli ładowania, jak łatwy jest to w naprawie sprzęt, jaka jest jego trwałość oraz klasa odporności na czynniki zewnętrzne – w tym wypadku jest to IP68.

Ciekawe. Mogłoby to zagościć we wszystkich tego typu urządzeniach.
Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię czytać recenzji filmu przed jego obejrzeniem. Powiem więcej — często nie czytam nawet opisów fabuły.
Po prostu chcę, by było to jak najczystsze doświadczenie, które będę mógł samodzielnie przetworzyć w głowie. Dopiero potem porównuję własny osąd z opiniami innych.
Dlatego też nie wiele czytałem o tym telefonie wcześniej. O ile wiedziałem jak wygląda i na żywo wrażenie to było dużo lepsze, niż się spodziewałem, tak nie sądziłem, że sylwetka telefonu jest aż tak gruba.
Przyzwyczaiłem się, że większość smartfonów dzisiaj oscyluje na granicy tych 7-8 milimetrów.

Tu zaś mamy pełne 9 milimetrów i jest to coś czego nie da się przeoczyć, choć warto dodać, że sama waga urządzenia jest akceptowalna.
Nie mniej, to spory kawałek bryły - odbiór ratują tu jedynie zaokrąglone narożniki.
GlyphMatrix, diody i filozofia skupienia
Wróćmy jeszcze na chwilę do tego wyglądu. Tym razem producent zrezygnował ze swojego znaku firmowego, czyli systemu diod Glyph.
Zamiast tego postawił na tzw. GlyphMatrix – diodową powierzchnię zamkniętą w kształcie koła, która może wyświetlać różne informacje, powiadomienia czy proste interakcje.

Wszystkim sterujemy za pomocą przycisku znajdującego się poniżej, sprzężonego z reakcją haptyczną. Sami twórcy designu podkreślają, że element ten powstał z myślą o skupieniu i dobrych nawykach.
Innymi słowy ma to nas zachęcać do częstszego odkładania telefonu ekranem do dołu, by nie wybudzać ekranu ilekroć usłyszmy dźwięk powiadomienia, albo kiedy wydaje nam się, że coś słyszeliśmy…
Doceniam to, mówiąc górnolotnie, ludzkie podejście do smartfona, ale obawiam się, że mimo wszystko jest tu w tym wypadku więcej ukrytego marketingu, niż realnych intencji.
Prawda jest taka, że po prostu najlepiej odkładać smartfon w drugim pokoju, albo wybierać się na spacery bez towarzystwa elektroniki by jakkolwiek dać odpocząć własnej głowie.

Być może praktyczność tej funkcji stanie się w przyszłości większa, bo na szczęście marka udostępniła zestaw narzędzi i instrukcji dla programistów.
Ciekawostką jest również ta czerwona dioda, która świeci ilekroć rejestrujemy materiał video.
Smartfon występuje ponownie w dwóch wersjach kolorystycznych, czyli czarnej i białej - jeśli przeszkadza wam efekt palcowania, to zdecydowania polecam wariant biały.
Flagowiec na pół gwizdka

Okej, to czemu w takim razie ten film nosi tytuł: „Podoba mi się, ale sam bym go nie kupił”? Już wam tłumaczę.
Dawno chyba nie spotkałem na swojej drodze smartfona, w którym tak źle byłyby rozłożone akcenty, zarówno te po stronie komunikacji marketingowej, jak i te związane ściśle z samym sprzętem.
Marka wyraźnie podkreśla, że to ich pierwszy flagowy smartfon, a jeśli ktokolwiek ma wątpliwości, to wystarczy rzucić okiem na cenę.
Obecnie wynosi 3650 złotych dla wariantu 12/256. Aktualnie w promocji w jednej z sieci elektromarketów w tej samej cenie możemy nabyć wariant 16/512, co już nieco studzi emocje.
Zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie, że dwa lata temu Nothing Phone 2 startował od 3300 złotych za wariant 12/256.
Owszem była jeszcze wersja 8/128 za równe 3 tysiące, ale Nothing najwyraźniej uznał, że taki wariant niekonicznie wzbudzałby skojarzenia o flagowcu.
Nie mniej, mówimy tu o pułapie grubo przekraczającym 3 tysiące złotych, gdzie do tej pory marka głównie romansowała z segmentem budżetowym i średnim.
Tym razem wkroczyli oni do świata, gdzie w tej kwocie można już kupić pełnoprawnego flagowca. W takim segmencie szukanie oszczędności nie jest dobrym pomysłem.
Niestety, Nothing Phone 3 niemal na każdym kroku udowadnia, że w swoim budżecie nie jest najlepszym wyborem – zgodnie z prostą zasadą: płacę i wymagam.
Tu, owszem, zapłacisz, ale nie masz prawa wymagać wszystkiego. Nawet jakość wykonania daje powody do wątpliwości. Spójrzcie, mamy tu ekran AMOLED-owy.
Pobieżne przejrzenie specyfikacji każe sądzić, że dostajemy absolutny top — równe, symetryczne ramki, świetne kolory, duże zagęszczenie pikseli, wysoką jasność, wysokie próbkowanie dotyku oraz wysoką częstotliwość odświeżania.

Jednocześnie mamy tu jednak węższy zakres odświeżania obrazu — od 30 do 120 Hz, a sam wyświetlacz chroni jedynie średniopółkowe szkło Gorilla Glass 7i.
To są wyraźne oszczędności. Nikt w tej cenie nie przychodzi po oszczędności.
Idźmy dalej. Większość tegorocznych flagowców bazuje na Snapdragonie 8 Elite lub innych, równie wydajnych procesorach.
Tymczasem Nothing stawia na układ, który — owszem — nie jest słaby, ale jego możliwości odpowiadają raczej flagowcom z ubiegłego roku.

A mówimy przecież o smartfonie, który wrócił po dwóch latach nieobecności.
Snapdragon 8s Gen 4 to oczywiście odczuwalny postęp względem Nothing Phone 2. Telefon w codziennym użytkowaniu działa płynnie i trudno mu cokolwiek zarzucić.

Nie zapominajmy jednak, że ktoś wystawił go do wyścigu z tymi najlepszymi. A tu nie brakuje maniaków, którzy uwielbiają wszelkiego rodzaju benchmarki.
Poza tym telefon z jakiegoś powodu bardzo szybko się nagrzewa podczas długotrwałego korzystania z aplikacji aparatu. Mam nadzieję, że problem ten rozwiąże kolejna aktualizacja.

Gdyby ten telefon kosztował około 2000 złotych — jak choćby Poco F7, który również korzysta z tego samego procesora, a na dodatek obsługuje UFS 4.1, a nie 4.0 — ta dyskusja w ogóle nie miałaby miejsca.

Tymczasem ktoś próbuje nas przekonać, że mamy do czynienia z prawdziwym flagowcem, bo występuje w wariancie z 16 GB RAM-u.
Jednocześnie to "prawdziwy flagowiec", który obsługuje USB w standardzie 2.0. No tu się nic nie zgadza.
Aparaty, wydajność i bateria
Potrójny zestaw aparatów, wszystkie pracujące na matrycach o rozdzielczości 50 megapikseli, każe sądzić, że mamy do czynienia z flagowcem.
Jednak gdy ponownie zajrzymy pod maskę i sprawdzimy poszczególne części, szybko zorientujemy się, że bardziej chodzi tu o wizję produktu niż o realne osiągi.

To kolejny przykład, że i tu, decydując się na, w cudzysłowie na flagowca od Nothing, otrzymamy urządzenie, które pozycjonuje nas poza ścisłą stawką najlepszych graczy.
Główna jednostka pracuje w oparciu o całkiem niezłą matrycę, choć nadal daleką od wybitnych.
Pozostałe dwa aparaty opisałbym jako mocno średnie. Oba bazują na bardzo małych matrycach, co już na starcie pogarsza ich zdolności świetlne.
Na pochwalę zasługuje tryb makro wykorzystujący trzykrotny zoom optyczny, co przekłada się na dość krótką odległość ostrzenia.

Sytuację ratuje akumulator krzemowo-węglowy o pojemności 5150 mAh.
Wprawdzie wartość ta nie jest imponująca, kiedy weźmiemy pod uwagę zarówno samą technologię, jak i wielkość obudowy, ale na szczęście trudno zarzucić tu słabą wydajność energetyczną.

Jest dobrze i spokojnie możemy poruszać się tu w obrębie dwóch dni.

Ładowanie z mocą 65 watów również oceniam jako taką już solidną wartość, która zadowoli większość użytkowników.
Znajdziemy tu również ładowanie bezprzewodowe oraz zwrotne.
System, interfejs i ogólna ocena

Druga rzecz, która nieodmiennie stanowi o sile i potencjale tego urządzenia, to niemal czysty Android z lekką i estetyczną nakładką.
Wprawdzie interfejs, wraz z brakiem etykiet dla aplikacji i monochromatycznymi ikonami od Nothing, wymaga zawsze na początku przyzwyczajenia, ale w gruncie rzeczy jest dobrze przemyślany.
Hołduje zasadzie, że im mniej, tym więcej. Nikt nie atakuje nas tu nadmiarem różnych funkcji, dlatego też do końca nie rozumiem idei jaka stoi za essential key i tworzeniem notatek.
Za to zdecydowanie doceniam funkcję uniwersalnego wyszukiwania w ramach essential search.
Otrzymujemy dzięki niej dostęp zarówno do zawartości smartfona, jak i możliwość zadania dowolnego pytania w ramach inteligentnych modeli Gemini.
W przyszłości ma się to również przełożyć na bardziej spersonalizowane wyniki.
Podsumowując mamy do czynienia z intrygującym projektem, ale tym razem kompletnie przestrzelonym jeśli chodzi o połączenie zawartości tego urządzenia i komunikację marketingową.
Moim zdaniem to próba przekonania nas, że ten w gruncie rzeczy smartfon o średniopółkowym dna zasługuje na to by porównywać go z Pixelami, flagowym Oneplusem, czy Samsungami.

Fajnie, że marka konsekwentnie próbuje zabijać nudę, że wspomniana symetria, to pójście na łatwiznę i że warto czasami popuścić wodze fantazji, ale brakuje mi tu czegoś więcej.
Gdyby ten telefon kłuł w oko nie tylko wyglądem, ale również specyfikacją, która zawstydza często droższe propozycje jak choćby POCO F7 Ultra, to zerwałbym się z miejsca i głośno zaczął klaskać.
Byłby to dowód nie tylko na silny indywidualizm i oryginalność, ale również byłby to w pewnym sensie taki prztyczek w nos dla tych dużych i czasami zbyt poważnie traktujących się graczy, którzy przypisują sobie tworzenie wielkich misji.
A wystarczyło zostać jeszcze przy średniopółkowej retoryce i cenie niższej o jakieś 1000 złotych.
Tymczasem można odnieść wrażenie, że Nothing bardziej chce konkurować sam ze sobą z przeszłości, a nie zważać na to w jakim otoczeniu się znajduje.
Nie zapominajmy, że mimo wielu sukcesów Nothing to wciąż mała marka, którą rzeczywistość będzie jeszcze zmuszać do ponoszenia większych kosztów produkcji, niż konkurencja.
No cóż. Wygląd to nie wszystko, a flagowa jest tutaj głownie jednak cena.
Dajcie znać co sądzicie o najnowszej propozycji od Nothing, czy są tu jacyś posiadacze poprzednich modeli, tymczasem dziękuję za Wasz czas i uwagę. Do zobaczenia wkrótce!
Staszek
Miną trzy miesiące i cena się sama "urealni".