Jaki smartfon do robienia zdjęć?

Jedną z właściwości, która jest dla nas bardzo ważna przy wyborze smartfona, to system aparatów.
I tutaj za każdym razem mamy do przeanalizowania dwie rzeczy. Hardware, czyli jakie mamy matryce oraz optykę w danym smartfonie oraz software, czyli systemowy algorytm, który mniej lub bardziej decyduje o ostatecznym wyglądzie naszego zdjęcia, czy filmu.

Mając w rękach już niejeden smartfon, przekonałem się, że kombinacja tych dwóch rzeczy potrafi dawać przeróżne rezultaty.
Gdybym jednak przyparty do ściany miał odpowiedzieć jaki byłby najbezpieczniejszy wybór w kontekście aparatu, to wymieniłbym trzy marki, które oczywiście nie będą dla was zaskoczeniem, czyli Apple, Samsung i Google.

I to nie dlatego, że tutejsze systemy aparatów są definitywnie najlepsze z jakimi miałem do czyniena, ale biorąc pod uwagę całokształt tych smartfonów, czyli ich ogólnych możliwości, jakości ich systemu itd.
To te trzy marki, czy nam się to podoba, czy nie, będą najlepszym wyborem jeśli chodzi o kompletność ich flagowców.
Oczywiście, ich wspólnym mianownikiem jeśli chodzi o systemy aparatów, jest to by dawać rezultaty, które odzwierciedlają masowy gust, czyli zdjęcia mają mieć odpowiednio podbity kontrast, czerń, saturację, wszystko musi być ostre, wyraźne.
Ogółem sprofilowane tak, że już nawet amator może jednym kliknięciem zrobić ładne zdjęcie.
Naturalnie, byłoby lepiej gdyby znał podstawowe zasady wykorzystywania światła, czy kadrowania - w sporej części smartfonów można np. włączyć podgląd siatki trójpodziału na ekranie i w ten sposób zadbać o fajną dla oka kompozycję.
Smartfon dla fotografa

No ale z drugiej strony - nikt nie ma takiego obowiązku.
Co więcej, kolejne lata przy coraz większym udziale AI sprawią, że poprawianie geometrii, wycinanie obiektów, czy choćby nakładanie filtrów zacznie wchodzić nam w nawyk i nie mając nawet elementarnej wiedzy, będziemy robić naprawdę coraz to lepsze ujęcia.
Ale żeby z tego w pełni skorzystać - najbezpieczniej będzie trzymać się właśnie tych trzech wspomnianych marek, bo to właśnie one najwięcej inwestują zarówno w rozwój Ai, jak i samą wydajność aparatów.
Natomiast jeśli nie interesują was propozycje z głównego nurtu, a ponad wszystko cenicie sobie ten bardziej naturalny, miejscami nawet surowy efekt zdjęcia, o wyglądzie którego chcecie bardziej decydować, to tutaj warto skierować uwagę w stronę takich marek jak Sony, Xiaomi, czy choćby Vivo.
Bo musicie wiedzieć i wiem to z doświadczenia, że fotografie w teorii surowe, w formacie raw pochodzące np. z iPhone’a, czy Samsunga, nadal będą obarczone w pewnym stopniu ingerencją algorytmu.
Jak się okazuje, nie będzie to taki do końca pełnoprawny raw, który znamy z lustrzanki, czy bezlusterkowca.
Czego nie mówią nam producenci smartfonów?

Przyciąganie naszej uwagi liczbami, to naturalnie ulubione zajęcie działu marketingu każdego producenta. Parametry aparatów określające powiększenie obrazu, czy ilość megapikseli matrycy są ulubionym tematem marketingowców.
W tym czasie my chcemy mieć telefon, który w swoim budżecie robi możliwie najlepsze zdjęcia, natomiast niestety łatwo ulec liczbom, które często w ogóle nie idą w parze z jakością.

Pozwólcie, że wyłożę teraz odrobinę teorii - z pewnością część z was doskonale zna te rzeczy i potraf je od siebie odróżnić, ale być może komuś z was pozwoli to uporządkować kilka podstawowych kwestii.
I tutaj chciałbym się skupić na jednostkach głównych, które, bądź co bądź, są tymi decydującymi o sukcesie danego systemu aparatów ze względu na wykorzystywanie najbardziej uniwersalnych ogniskowych.
Żadna z marek nie jest wolna od stosowania różnego rodzaju sztuczek w komunikowaniu swoich produktów i im dalej od flagowców, tym trzeba być uważniejszym.
Przykładowo matryca główna o rozdzielczości 50 megapikseli zastosowana w budżetowcu nie będzie odpowiadać właściwościom matrycy o tej samej rozdzielczości, którą znajdziemy zwykle w droższym konkurencie.
Ba, droższy smartfon może mieć matrycę w rozdzielczości 12 megapikseli, która będzie wyraźnie lepsza. W dodatku mówimy tutaj o pikselach obrazu, czyli to co finalnie widzimy po zrobieniu zdjęcia, a nie pikselach matrycy.

Napiszę to co już niejednokrotnie podkreślałem w swoich materiałach - nie liczy się ilość pikseli, a jakość pojedynczego piksela.
Wynika to z tego, że możemy mieć przykładowo dwie matryce, które nominalnie mają taką samą rozdzielczość, ale w tym wypadku ważniejszym parametrem będzie ich rozmiar, który powinniśmy porównać.
W dużym skrócie, im większa matryca, tym więcej światła w tym samym czasie zarejestruje aparat w naszym smartfonie. Porównując szczegółowe specyfikacje na takich portalach jak gsm arena, warto zwrócić uwagę właśnie na podawany fizyczny rozmiar matrycy.

Im mniejsza wartość podawana po ukośniku, tym większy rozmiar matrycy. ( 1/1.56”, 1/1.7” lub 1/1.22” )

Większa matryca, to też proporcjonalnie do tego mniejsza gęstość pikseli, a to z kolei oznacza większą powierzchnię pojedynczego piksela, który im jest większy, tym ponownie, przyjmuje większą porcję światła - jego rozmiar jest wyrażany w mikrometrach. I to jest z kolei piksel matrycy.
W tym miejscu warto też sprawdzić, czy np. Smartfon korzysta z technologii Pixel Binning, która pozwala łączyć ze sobą sąsiadujące piksele i w ten sposób powiększony obszar ma zdolność do przechwytywania jeszcze większej ilości światła, niż pojedynczy piksel.
A to wszystko na końcu przekłada się na bardziej szczegółowe ujęcia, szczególnie, kiedy fotografujemy w trudnych warunkach oświetleniowych.
A zatem większa matryca o mniejszej rozdzielczości może nierzadko osiągać lepsze wyniki niż mała matryca o większej rozdzielczości. Dlatego też producenci chętniej bedą podawać informacje o rozdzielczości, a niekoniecznie będą publikować dane o samej matrycy.

Jako ciekawostkę dodam, że przykładowo iPhone 15 Pro Max w głównej matrycy o rozdzielczości 48 megapikseli ma piksele w rozmiarze 1.22 mikrometra i aktualnie na rynku smartfonów jest to naprawdę bardzo duża wartość.
Z kolei kamera, którą nagrywam na co dzień swoje materiały ma fizycznie znacznie większą matrycę, niż ta w iPhone, ale o rozdzielczości 26 megapikseli.
Tyle tylko, że tutaj rozstaw pikseli wynosi 3,73 mikrometra, więc tej powierzchni do naświetlenia mamy tutaj znacznie, ale to znacznie więcej, co oczywiście przekłada się na lepszą jakość. Ale trzeba też oddać sprawiedliwość, że te małe draństwa coraz bardziej gonią pełno rozmiarowe aparaty, czy kamery.

Mamy coraz większe fotodiody, technologie zwiększające saturację sensorów, coraz jaśniejsze obiektywy, stale rozwijane peryskopowe układy soczewek, czy choćby coraz to lepsze możliwości samych procesorów.
Słowem, robi się tutaj naprawdę ciekawie i to nieprawda, że fotografia mobilna doszła do ściany.

Ale żeby nie było tak łatwo, to jest jeszcze jeden parametr, który decyduje o końcowej jakości zdjęcia, czyli jasność obiektywu wyrażana wartością przysłony.
I tutaj podobnie jak w przypadku matrycy, im mniejsza wartość, tym lepiej. Jednostki główne legitymujące się wartościami w przedziale od f/1.5 do f/1.8 będą z pewnością godnymi uwagi.
Wartość przysłony określa wielkość jej otworu przez który wpada światło. Jeśli mamy mały otwór przysłony, to oczywiście aparat w trybie automatycznym będzie ratować się dłuższym czasem naświetlenia albo podbijaniem tzw. iso, czyli poziomu światłoczułości.
I to z kolei może przełożyć się na gorsze wyniki, zwłaszcza jeśli smartfon dysponuje do tego małą matrycą, która w takiej sytuacji jest zmuszona pracować poza natywnym zakresem iso.

Również coraz częściej będziemy mogli się spotkać ze zmienną przysłoną w smartfonowych aparatach i co za tym idzie, możemy tutaj nie tylko kontrolować ilość wpuszczanego światła do matrycy, ale również fizycznie zmieniać głębię ostrości.
W zależności od tego, czy fotografujemy ludzką sylwetkę na pierwszym planie z fajnym rozmyciem w tle, czy górski pejzaż, który będzie bogatszy w detale.
Jaki fotosmartfon w 2024?

A więc co powinien mieć smartfon z porządnym aparatem w 2024 roku? Niekonicznie dużo megapikseli, za to na pewno dużą matrycę i jasny obiektyw, zwłaszcza ten w aparacie głównym.
I tu mówimy o rzeczach absolutnie najważniejszych, przy czym jest też szereg tych, powiedzmy mniej ważnych, ale to nie znaczy, że są to rzeczy pomijalne.
Mam tu na myśli chociażby to jak dany system aparatów radzi sobie z odbijaniem refleksów, jak sobie radzi z rejestrowaniem obiektów w ruchu, kwestia stabilizacji danej matrycy, obsługa aplikacji aparatu i jej funkcje, przełączanie się pomiędzy obiektywami w trakcie filmowania itd., itd.
Oczywiście poza jednostką główną, nasze zainteresowanie kradnie obiektyw typu zoom.
I tutaj warto być czujnym, bo producenci ostatnio coraz częściej wolą posługiwać się wyłącznie informacją, że dany aparat oferuje np. Dwu albo trzykrotne powiększenie, albo podają ekwiwalent ogniskowych.
Nie dodają przy tym, czy jest to powiększenie optyczne, czy cyfrowe bazujące na głównej matrycy.
I kiedy ktoś niezaznajomiony z tematem zacznie przeglądać oficjalne strony ze specyfikacją np. iPhone’a 15 albo Sony Xperia 5 mark V, to dojdzie do wniosku, że smartfon oferuje pełnoprawne powiększenie wykorzystując w tym celu ruchome soczewki obiektywu.

Owszem, obrazek będzie utrzymywać jakość, bo będzie skalowany z maksymalnej rozdzielczości głównej jednostki i nazywa się to bezstratnym zoomem. Natomiast analogiczne powiększenie uzyskane za pomocą osobnego aparatu z odpowiednią optyką da zwykle dużo lepszy rezultat.
Warto o tym pamiętać, zwłaszcza, kiedy korzystamy na co dzień z teleobiektywu i szukamy urządzenia, które w tym zakresie ogniskowych zaoferuje lepszą jakość obrazu.
W tym miejscu warto wspomnieć, że jest jeszcze tzw. zoom hybrydowy, który z kolei wykorzystuje zaawansowane przetwarzanie obrazu bazując m.in. na danych pozyskanych z nawet kilku sensorów jednocześnie.

Jest jeszcze inny aspekt, który również warto wziąć pod uwagę, a mianowicie obecność danego smartfona na rynku, bo jak się już niejednokrotnie okazało, czas wiele rzeczy weryfikuje.
W przypadku tegorocznych premier odradzałbym pośpiech, albo przynajmniej miałbym z tyłu głowy to, że kupując towar przez internet, przysługuje mi dwutygodniowe prawo zwrotu.

Z pewnością spotkaliście się z pojęciem „choroby wieku dziecięcego” w kontekście technologii, co oznacza, że często urządzenia debiutujące na rynku miewają jeszcze początkowe problemy z działaniem i zwykle większość bolączek jest eliminowana poprzez kolejne aktualizacje systemu.
Ale historia nieraz udowodniła, że były i są przypadki, gdzie wsparcie programowe na niewiele się zdaje, a pierwsi klienci nie są już tzw. beta testerami, a zwyczajnie rzecz biorąc, poszkodowanymi.


No bo jak inaczej nazwać np. Nabywców flagowego Samsunga S23, którzy zmagają się z wadą obiektywu w jednostce głównej, która generuje charakterystyczne rozmycie - najłatwiej je zobaczyć fotografując obiekty o powtarzalnej fakturze, czy wzorze.
Sam w ubiegłym roku miałem w rękach trzy różne egzemplarze tego modelu i każdy z nich posiadał wspomnianą wadę. Parametry parametrami, ale jak się okazuje, warto też w kontekście debiutujących smartfonów zachować ostrożność.

Mam w ogóle wrażenie, że ledwo napoczęliśmy ten temat, ale z drugiej strony nie chcę go niepotrzebnie komplikować - zależało mi na przekazaniu tych, moim zdaniem, najważniejszych rzeczy.
Wiem, że jest tutaj sporo innych zagadnień, ale nie ukrywam, że liczę w tej kwestii na was i na wasze komentarze. Dajcie znać, co byście dorzucili do tego koszyka pojęć, tak żeby inni mogli skorzystać na waszej wiedzy i doświadczeniu.