Moja historia komputerów Mac

Z biegiem lat, zarówno jako fotograf, a później jako człowiek przed i za kamerą, przekonywałem się i przekonuję nadal, że to właśnie często zmiana sprzętu była takim symbolem, że idzie nowe i że będzie to nowa jakość.
Przejście z formatu aps-c na pełną klatkę, po drodze kilka różnych systemów aparatów, potem zmiana lustrzanki na bezlusterkowca, a ostatnio kupno kamery. Każda taka zmiana oznaczała, że obieram nowy kierunek, zdobywam nową wiedzę i profesjonalizuje swój warsztat.

I tym wszystkim zmianom aparatów, czy kamer, od zawsze wtórowała mi zmiana komputera, który w tym układzie stanowi integralną całość, bo to przecież na tym urządzeniu najpierw edytowałem zdjęcia, a dzisiaj montuję filmy.
Najpierw był 13-calowy MacBook Pro, którego kupiłem na początku 2014 roku, a więc w czasach, kiedy komputery Mac były wyposażane w procesory intela, a 8 gb ramu brzmiało całkiem rozsądnie.

Komputer ten był dla mnie oficjalnym przejściem na ciemną stronę mocy i pożegnaniem systemu Windows, z którym miałem do czyniena od wersji 3.11. Wcześniej był jeszcze Ms-Dos, ale o tym może kiedy indziej.
MacBook Pro przede wszystkim miał służyć mi do takich podstawowych codziennych zadań, ale również coraz częściej korzystałem na nim z Lightrooma oraz innych programów graficznych.

Czas leciał, mój sprzęt fotograficzny ewoluował i w 2018 roku będąc już zupełnie osadzony w ekosystemie Apple, zdecydowałem o zakupie 27-calowego iMac’a, który nie dość, że oferował duży wyświetlacz w rozdzielczości 5k.
W dodatku był już bardziej zaawansowany pod względem podzespołów i co równie ważne, oferował samodzielną rozbudowę pamięci ram.
Jednocześnie ten komputer po 4 latach użytkowania zamknął erę, kiedy zawodowo parałem się fotografią. Od tego momentu zacząłem na pełen etat nagrywanie oraz edycję filmów, co oznaczało zdecydowanie wyższe wymagania sprzętowe.

Wiedziałem, że moim kolejnym wyborem będzie rewolucyjny procesor M1 od Apple, który był już od dwóch lat na rynku zdobywając powszechne uznanie.

I tak oto zdecydowałem się na Maca Mini w wersji z 16gb ramu, który jeszcze do nie dawna stanowił mój główny komputer jeśli chodzi o montaż video. Był to i nadal jest idealny wybór jeśli chodzi o stosunek ceny do oferowanych możliwości.
Debiutujący wtedy Mac Studio z procesorem M1 Max był dla mnie za drogi, a poza tym miałem poczucie, że zwyczajnie nie wykorzystam w pełni jego możliwości.

Życie bywa jednak przewrotne, bo w międzyczasie zdecydowałem się na zakup nie kolejnego aparatu z funkcją filmowania, a pełnoprawnej kamery, która w dużym skrócie, pozwala na zapis zdecydowanie większej ilości informacji w jednym pliku.
Równolegle rozwijałem i rzecz jasna nadal rozwijam swoje umiejętności montażowe, co również przełożyło się na bardziej rozbudowane projekty.

Zatem naturalnym krokiem dalej był zakup lepszych kart pamięci, a przede wszystkim kolejnego komputera, który ponownie będzie nadążać za moim sprzętem foto-video.
Z tą tylko różnicą, że tym razem postanowiłem wyprzedzić przyszłość i pomyślałem, że może warto będzie zainwestować w coś, czego nie będę wymieniać po roku, czy po dwóch latach.

Że jeśli będę w przyszłości rozważać kolejną, jeszcze bardziej zaawansowaną kamerę, która będzie operować na cięższych i bardziej wymagających plikach, to moim dylematem nie będzie to, czy mój aktualny komputer sobie z tym poradzi.
A z racji tego, że planuje zmienić mój dotychczasowy model pracy zdalnej i będę część pracy wykonywać poza domem, to naturalnie pomyślałem o powrocie do laptopa. I w ten sposób historia zatoczyła koło i po 10 latach wróciłem do ponownego konfigurowania MacBooka Pro.
Konfiguracja MacBooka

Powiem to od razu. 10 lat temu wybór był dużo prostszy, a specyfikacje bardziej wąskie. Konfigurowanie dzisiaj MacBooka przyprawia o ból głowy.
Nawet jeśli szukasz sprzętu do codziennych zastosowań, ale chcesz mieć pewność, że komputer będzie towarzyszyć ci dzielnie przez lata, to zaczynasz grę, w której na końcu i tak wygra Apple.

Owszem bazowa cena wygląda czasami nawet zachęcająco jak mocno zaciśniemy zęby i zaczniemy sobie usprawiedliwiać pewne rzeczy w głowie.
Ale kiedy tylko pomyślimy o tym, że może z przezorności warto byłoby podwoić wielkość dysku, czy pamięć ram, to i tak finalnie musimy dołożyć jakieś 20-30% do wyjściowej ceny.
I wtedy zaczyna się gonitwa myśli i wiele osób stwierdza, że albo nie kupi wcale, albo kupi bazową wersję i jakoś to będzie.

W przypadku MacBooka Pro doskonale wiesz, że tutaj nie kupuje się bazowych wersji i że będziesz męczyć konfigurator oraz porównywarkę.
Nie będę chyba oryginalny jak powiem, że oferowanie MacBooka Pro z 8gb ramu i ustalanie na tej podstawie ceny startowej jest już zbyt agresywnym zagraniem i naprawdę chętnie posłuchałbym jaka stoi za tym argumentacja.
Oczywiście poza typową dla tej marki motywacją finansową.
W każdym razie dokładanie kolejnych porcji ramu, bądź przestrzeni dyskowej, to istna chłosta, na którą trzeba być psychicznie przygotowanym.

Oczywiście ktoś w tym miejscu mógłby powiedzieć, że przecież nie ma przymusu i wcale nie musiałem kupować laptopa od Apple.
Tu od razu uczciwie przyznam, że już za bardzo wsiąkłem w tutejszy ekosystem, czy aplikacje, by teraz stawiać wszystko na głowie i np. Uczyć się od nowa systemu, nie mówiąc o np. programie do montażu, szczególnie, że obecnie nie miałbym na to czasu.
No krótko mówiąc Apple ma mnie w garści i nie boję się tego przyznać.

Na temat samego konfigurowania tego sprzętu mógłbym spokojnie stworzyć cały osobny odcinek, więc tutaj powiem Wam tylko o kilku najważniejszych rzeczach.
Po pierwsze, dobrze jest zorientować się jakie wymagania sprzętowe ma program, czy programy, z których korzystacie, bo to już na starcie pozwoli Wam zorientować się np. ile potrzebujecie mieć rdzeni wydajnościowych w głównym procesorze.
Ogólnie mam wrażenie, że ktoś w Apple naprawdę zadał sobie gigantyczny trud by tak skonfigurować ofertę na komputery osobiste, że ostatecznie i tak bierzesz więcej, niż aktualnie potrzebujesz.

Do tego dochodzą różnego rodzaju detale, których można nie wyłapać w pierwszym kontakcie z ofertą, a potrafią być one istotne, więc absolutnie każdego zachęcam do analizowania porównywarki dostępnej na stronie Apple.


Jako przykład podam, że MacBook z procesorem M3 Pro ma niższą przepustowość pamięci, niż jego poprzednik z procesorem M2 Pro, albo, że dodatkowe silniki kodowania i dekodowania wideo znajdziecie tylko w procesorach max.
Oczywiście linia pro nie oznacza wyboru wyłącznie spośród procesorów z serii M3, więc można naprawdę spędzić długie godziny na analizowaniu i porównywaniu konkretnych specyfikacji w ramach trzech linii procesorów.

Oszczędzę Wam opowieści o tym jakimi krętymi ścieżkami doszedłem do tego, że ostatecznie skończyłem na konfiguracji za … 23 tysiące złotych.

I to oznacza jednocześnie najdroższą konfigurację jeśli chodzi o procesor, natomiast to wcale nie oznacza sufitu jeśli chodzi o ostateczną cenę, bo nadal możemy rozbudowywać tutaj pamięć ram oraz pojemność dysku.
Jak doskonale wiecie, oba te parametry Apple wycenia bardzo wysoko, a my możemy podjąć decyzję tylko raz, bo wszystko jest tutaj wlutowane w płytę główną i nie daje możliwości późniejszej wymiany.
Skrzypiąca obudowa w MacBooku

Jednym z argumentów o wyborze kolejnego komputera od Apple poza tutejszym ekosystemem, czy aplikacjami, jest sama jakość tego sprzętu oraz fakt, że nigdy, odkąd mam do czynienia z komputerami od Apple, nie musiałem ich reklamować.
Ale jak się okazuje … do czasu. Właśnie teraz, kiedy postawiłem na tego czarnego konia …
Otóż miałem pecha, że trafiłem akurat na egzemplarz, w którym skrzypiała lewa strona obudowy, kiedy brałem komputer w ręce.
Myślałem na początku, że chyba jestem zbyt przewrażliwiony, ale później czułem się jak ten gość, który kupuje nowego Mercedesa z salonu i słyszy pod palcami skrzypiącą część kokpitu i już wie, że nie na takie rzeczy się tutaj umawiał.

Nie zwlekając, zgłosiłem sprawę do serwisu i dowiedziałem się, że niestety, ale czasami dolne pokrywy MacBooków są fabrycznie niedokręcone.
Po jego interwencji problem natychmiast ustał, a ja wreszcie mogłem w pełni cieszyć się moim nowym nabytkiem.
MacBook: 14 cali vs 16 cali

Tak jak wspomniałem, musiałem przeprawić się przez naprawdę trudny teren jakim jest konfigurator, ale nie powiedziałem Wam o jeszcze jednym parametrze, który również potrafi rodzić dylemat, a mianowicie jaki rozmiar ekranu będzie dla nas najlepszy.

Moje szczęście polegało na tym, że jakiś czas wcześniej miałem u siebie wersję 14 calową z procesorem M3 Pro i mogłem spokojnie przez tydzień ją potestować by na końcu dojść do wniosku, że to naprawdę fajny, kompaktowy komputer, ale jednak nie dla mnie.
O ile kiedy pracuję z domu i jest on podpięty pod monitor zewnętrzny, to nie ma to oczywiście znaczenia.
Kiedy jednak korzystam z monitora w MacBooku, to wiem, że okiełznanie interfejsu programu Final Cut Pro na 13 calach, kiedy w dodatku mamy rozbudowany projekt, jest po prostu dużo trudniejsze i zwyczajnie niewygodne.

Poza tym w moim przekonaniu jedyną zaletą wersji 14 calowej jest jej większa poręczność i odczuwalnie mniejsza waga.
Ale na tym jej atuty się kończą.
Kiedy już oswoicie się z nieco cięższym plecakiem i tym, że nie każdy rozkładany stolik jest przystosowany do takich rozmiarów, to, kiedy już usiądźcie przed tym komputerem i zaczniecie z niego korzystać, to rekompensuje on szybko te drobne niedogodności

Przede wszystkim mamy tutaj nie tylko większy ekran, który pozwala lepiej organizować przestrzeń roboczą, ale również mamy zdecydowanie większy i wygodniejszy punkt podparcia dla rąk, kiedy piszemy na klawiaturze.

Do tego dostajemy gigantycznych rozmiarów touchpad, dzięki czemu nawigacja po systemie, czy korzystanie z aplikacji jest naprawdę wygodne.
Nie możemy też zapominać o tym, że większa obudowa, to więcej miejsca na baterię, a to z kolei oznacza dłuższą pracę na własnym prądzie, nie mówiąc o tym, że większa obudowa, to także, a może przede wszystkim, więcej miejsca by efektywniej odprowadzać emitowane ciepło.
Nie bez powodu tak wielu recenzentów odradza zakup wersji 14 calowej z procesorem M3 Max ze względu na częstszą pracę wentylatorów i obniżanie taktowania, co oczywiście wpływa na niższą sprawność procesora.

A to co mnie cały czas najbardziej zdumiewa w kontekście wersji 16 calowej, to tutejszy system głośników. Mamy do dyspozycji cztery głośniki niskotonowe w technologii force cancelling, które są fizycznie większe, niż te w wersji 14 calowej oraz dwa głośniki wysokotonowe.
Różnica jest słyszalna i o ile te w mniejszym MacBooku już grały wyśmienicie, tak te po prostu wymykają się mojej percepcji słuchowej, bo trudno skojarzyć te głębokie niskie tony z było, nie było płaską obudową laptopa.

Nie muszę oczywiście mówić, że tutejszy ekran wtóruje swoją jakością wydobywanemu dźwiękowi, zarówno pod względem szczegółowości treści, jak i koloru, czy częstotliwości odświeżania.

A całość zamknięta w nadal ładnej, zgrabnej obudowie - w tym wypadku w wersji space black, która nadaje całości niepowtarzalny charakter i zwyczajnie cieszy oko jako przedmiot codziennego użytku.
M3 Max, czyli mój największy upgrade

Specyfikacja mojego maca mini to procesor m1 z 8 rdzeniami cpu, gdzie 4 rdzenie odpowiadają za wydajność, do tego 8 rdzeniowe gpu, 16 gigabajtów ramu i przepustowość pamięci na poziomie 68 gigabajtów na sekundę.
To oznacza, że w tym wypadku taka porcja danych może być przesłana między pamięcią RAM a procesorem w ciągu sekundy.
Z kolei mój aktualny MacBook Pro jest wyposażony w procesor M3 Max z 16 rdzeniami CPU, gdzie 12 z nich odpowiada za wydajność, 40 rdzeniowe gpu, 48 gigabajtów ramu i przepustowość pamięci, która osiąga maksymalnie 400 gigabajtów na sekundę.

Już porównanie suchej specyfikacji każe przypuszczać, że o ile w codziennym użytkowaniu korzystając z poczty, czy przeglądarki różnice te nie będą odczuwalne, tak praca choćby w programie do montażu, będzie reprezentować zupełnie nową jakość obsługi i tak też jest.
Od teraz mogę montować film korzystając jednocześnie z oryginalnego podglądu bez jakichkolwiek przycięć, mogę korzystać z pluginów, które mocno obciążają układ graficzny i właściwie nie było szans by zobaczyć jakiekolwiek efekty zanim nie wyrenderowałem filmu.


Właściwie nie widzę narazie limitu jeśli chodzi o ilość efektów jakie mogę zastosować w pojedynczym klipie.
Do tego opcja automatycznego przewijania osi czasu podczas odtwarzania działa tutaj płynnie.
Nie mówiąc oczywiście o czasie renderowania całego projektu, który porównałem na kilku przykładowych filmach i to też Wam pozwoli najlepiej zilustrować o jakich różnicach możemy tutaj mówić.
Jest to dla mnie ponownie skok jakościowy porównywalny z tym jakiego doświadczyłem, kiedy przesiadałem się z intela w iMacu na M1 w Macu Mini.

Na pochwałę również zasługuje kultura pracy, bowiem aktywne chłodzenie włącza się tylko przy renderowaniu tych najbardziej złożonych projektów i mam wrażenie, że wentylatory tylko przez krótki czas osiągają tutaj niemal pełną moc obrotów.
Obudowa jak to zwykle bywa w MacBookach, kumuluje najwięcej ciepła w górnej części tuż nad klawiaturą i tam może być momentami gorąco, ale nie wpływa to na ogólny komfort użytkowania.

A to co uzupełnia to dobre wrażenie, to praca na baterii. I tutaj podam Wam trzy scenariusze, które odnotowałem mając za sobą aktualnie 33 cykle.
Pierwszy w oparciu o proste zadania, kiedy głównie korzystam z przeglądarki, poczty, tworzę jakiś dokument i czasami włączę film na YouTube.
Tutaj zauważyłem, że średnio ubywa mniej więcej 10% energii na godzinę, do tego mam ustawioną jasność ekranu na jakieś 60-70% mocy i włączony automatyczny tryb baterii, więc komputer w zależności od sytuacji dopasowuje wydajność i zużycie energii.

To razem oznacza, że w moim wypadku, kiedy staram się ładować komputer od 20% do okolic 80%, to spokojnie te 6-7h mogę pracować z dala od gniazdka.
Kiedy wiedziałem, że będę lwią część dnia polegać na baterii, to wówczas ładowałem komputer do pełna i te 8-9 godzin było również w moim zasięgu.


Drugi scenariusz, to montaż wideo oraz renderowanie do gotowego pliku. I tutaj startowałem z pułapu 100 %, po upływie mniej więcej 5h miałem jeszcze do dyspozycji 20% baterii.
W tym czasie głównie montowałem, a na koniec przez kilkanaście minut renderowałem film i jeszcze zdążyłem go załadować do youtuba polegając na słabym wifi w kawiarni.
Całość pracowała w oparciu o tryb niskiego zużycia energii.

No i wreszcie trzeci scenariusz, kiedy nasz laptop służy głównie jako przenośne urządzenie do oglądania filmów.
I tutaj upraszczając odnotowałem, że jest to ubytek na poziomie 6-7% energii na godzinę, kiedy oglądamy wyłącznie film, czy np. Jakiś streaming, co oznacza, że wtedy rzeczywiście te nawet kilkanaście godzin pracy, które deklaruje Apple, jesteśmy w stanie tutaj osiągnąć.
No i oczywiście warto też dodać, że komputer ładuje się zwykle w niecałą godzinę do okolic 80-90%, nawet, gdy jestem w trakcie jego używania.
Czy warto kupić MacBook'a Pro?

Z komputera korzystam już ponad miesiąc i moje dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że to była udana inwestycja.
Po pierwsze uznałem, że najwyższa specyfikacja pozwoli kupić mi święty spokój na długie lata.
Chociaż ewolucja procesorów M1 Max do aktualnych M3 Max pokazuje, że nie są to wykładnicze skoki wydajnościowe, to jednak wolałem postawić na aktualny procesor.
Głównie ze względu na wsparcie sprzętowe różnych nowych opcji w przyszłości, które będą np. pojawiać się w programach, z których korzystam oraz to, że sprzęt doczeka się spokojnie pięciu dużych aktualizacji systemu, a może nawet więcej.

Po drugie to jest, jak już zasugerowałem, mój wół roboczy, który szybko na siebie zarobi, a mi pozwoli przede wszystkim na wydajniejszą pracę w tych najbardziej wymagających obszarach.
To naprawdę duża wygoda, kiedy nie muszę dzielić każdego filmu na trzy osobne etapy renderowania by nie zdławić komputera.
Sumarycznie daje to spore oszczędności czasu i też zdecydowanie większą elastyczność, kiedy potrzebuję coś poprawić i nie muszę się frustrować, że komputer będzie musiał ponownie mielić dane przez kolejne 40, czy 50 minut.

Po trzecie jest to dla mnie niesamowita wygoda, bo do tej pory moje plany były uzależnione od pracy stacjonarnej - teraz mogę pracować w pełni mobilnie mając w dodatku do dyspozycji dużo lepszy sprzęt, niż do tej pory.
Brak tego ograniczenia jest dla mnie bardzo wyzwalający, zwłaszcza w podróży, kiedy mogę kontynuować pracę zaczętą w domu i to bez żadnych kompromisów związanych z komfortem pracy ze względu na tutejszą wydajność.
To jest dla mnie chyba największa wartość tego komputera.

Oczywiście zachęcam Was do zadawania pytań, chętnie na nie odpowiem, szczególnie, że ten sprzęt zostaje ze mną, więc w każdej chwili mogę coś dla Was sprawdzić.
Bartosz Sadłowski
Hej! Trafiłem na Twój wpis po wyszukiwaniach strzelającej obudowy :