Xiaomi 17 Ultra: odzyskałem chęć tworzenia | Recenzja
Ten tekst powstał na podstawie materiału wideo, który znajdziesz na naszym kanale YouTube. Zobacz film tutaj.
Leica i fundament współpracy
Sygnaturę marki Leica na wyspie aparatów traktuję jako taką pieczęć jakości, która w tym wypadku nie przekłada się wyłącznie na filozofię obrazowania, czy licencję na wykorzystanie marki.
W tym roku wypada piąta rocznica współpracy pomiędzy właśnie Leica, a marką Xiaomi, która przede wszystkim obejmuje realny wkład sprzętowy w postaci optyki.

Leica uczestniczyła w projektowaniu całego toru optycznego – od konstrukcji obiektywów po kontrolę refleksów i aberracji.
Leica miała swój udział również w projektowaniu teleobiektywu, formalnie zatwierdziła jego konstrukcję i potwierdza, że produkt ten spełnia określony próg jakości optycznej.

Mając z tyłu głowy doświadczenie związane z poprzednikiem wiem, że Leica to także gwarancja tego za co tak bardzo polubiłem model 15 Ultra, czyli naturalna tonalność, czy brak agresywnego HDRu.
To jest w mojej opinii największa wartość tej współpracy, czyli mniej przetwarzania, a zdecydowanie więcej optyki.
Konstrukcja i sprzęt fotograficzny

Mamy tu do czynienia z dużym, fizycznym peryskopowym teleobiektywem.
Do tego umieszczono tutaj nowość w postaci mechanizmu ruchomej optyki, który pozwala poruszać się w zakresie ogniskowych między 75, a 100 mm.

Całość składa się na bardzo rozbudowany tor optyczny. Ponownie mamy tu 1-calową matrycę główną.
Wszystko to zmieściło się pod dużą wyspą aparatów, która wyraźnie sugeruje, że właściciel tego telefonu przykłada dużą wagę do fotografii.
Sam projekt telefonu odznacza się odrobinę większymi rozmiarami, choć warto dodać, że jednocześnie sama sylwetka jest od teraz smuklejsza na co na pewno ma też wpływ ten od teraz zupełnie płaski ekran.
Nie mniej, mówimy tu w końcu o urządzeniu z serii Ultra, co z zasady oznacza jeden z tych największych flagowców na rynku.

Ja akurat otrzymałem do testów wersję w kolorze starlit green, co moglibyśmy przetłumaczyć jako rozgwieżdżona zieleń.
Wygląda to naprawdę interesująco i trzeba przyznać, że w tym wydaniu świetnie nadaje się do tego by na przebitkach występować w otoczeniu natury.

Nie mniej, moje serce zdecydowanie mocniej bije na widok czarnej wersji w specjalnej edycji stworzonej z okazji 5-lecia współpracy firm Xiaomi i Leica.
Znajdziemy tam m.in. magnetyczne etui i charakterystyczny dla niemieckiej marki aluminiowy dekielkiem na obiektyw.

Smartfony w tej edycji są dodatkowo wyposażone w dwa unikalne filtry m3 oraz m9 oczywiście sygnowane marką Leica. No moja dusza gadżeciarza w tym momencie sobie pomrukuje.
Przy okazji taka ciekawostka. Na początku nie potrafiłem sobie przypomnieć. Dopiero później mnie olśniło, że przecież gdzieś już widziałem takie przyciski boczne. I tak. To piękny powrót do przeszłości.
Nowa koncepcja zoomu

No dobrze. Ale przejdźmy do chyba głównego dania w tym fotosmartfonie, a mianowicie do systemu aparatów i przebudowanej sekcji odpowiedzialnej za powiększenia.
W poprzedniku mieliśmy dwie osobne jednostki stałoogniskowe. Pierwsza była oparta na 50-megapikselowej matrycy i oferowała ekwiwalent 70 mm.

Druga wykorzystywała większy sensor o rozdzielczości 200 megapikseli, zapewniający ekwiwalent 100 mm.
Xiaomi postanowiło połączyć obie te jednostki. Co najważniejsze, do tego celu wykorzystano większy fizycznie czujnik z 200 megapikselami, a zakres od 75 do 100 mm pokrywany jest w całości optycznie.
Część z was z pewnością kojarzy to rozwiązanie, bowiem kilka lat temu Sony zaprezentowało układ z ruchomymi elementami optycznymi, który właśnie zmieniał fizycznie ogniskową.
Xiaomi rozwinęło ten koncept bowiem oparło go o zdecydowanie większą matrycę oraz zmienny, ale wciąż większy otwór przysłony.
Pozornie może się wydawać, że ten zakres nie jest duży, ponieważ powiększenie optyczne zaczyna się od wartości 3,2, a kończy na 4,3.
W tym czasie jednak realnie zmieniamy ogniskową, co oznacza brak strat jakości przy przełączaniu oraz naturalną kompresję perspektywy.

W efekcie ekwiwalent zakresu od 75 do 100 mm przekłada się na rezultaty wynikające z czystej optyki. Zatem nic nie jest tutaj symulowane cyfrowo.
Oczywiście ten zakres pozostawia pewien niedosyt i chciałoby się więcej, jednak koncepcyjnie jest to moje ulubione podejście zastosowane dotychczas w urządzeniach mobilnych.

Jest ono zdecydowanie lepsze od konwencjonalnego rozwiązania, czyli użycia dwóch osobnych modułów, które próbują pokryć najbardziej użyteczny zakres powiększenia.
W praktyce oznacza to, że część tego zakresu i tak realizowana jest hybrydowo, przy użyciu cyfrowego kadrowania.
200 megapikseli to też wystarczający zapas na to by powiększać dalej, gdy w tym wypadku przekroczymy wspomniany optyczny zakres.
Fotografowanie w dzień
No dobra. Tyle suchej teorii, a teraz przejdźmy do robienia zdjęć.
Na początku wita nas aplikacja aparatu. Ponieważ nie jest to moja pierwsza styczność ze smartfonami Xiaomi, od razu rozpoznałem interfejs, który nie zmienił się znacząco.

Szybko dostosowałem go do swoich upodobań. Nie mogło zatem zabraknąć linii siatki opartej na zasadzie trójpodziału oraz poziomicy.
Do tego całość wywołuję dolnym przyciskiem głośności, choć nie ukrywam, że w przyszłości chętnie zobaczyłbym tutaj osobny przycisk migawki. I tak. Fajnie gdyby był w czerwonym kolorze.
Jestem zwolennikiem minimalizmu, więc pod ręką zostawiłem tylko podstawowe tryby.
Na stałe miałem włączony styl Leica Authentic oraz naturalny filtr kolorystyczny, co daje mniej przetworzone i bardziej organiczne ujęcia — dokładnie takie, jakie lubię najbardziej.
Pewnie się powtórzę, ale muszę to podkreślić. Xiaomi 17 Ultra ma ponownie bardzo wyraźnie określony charakter fotograficzny.

To nie jest smartfon, który próbuje imponować nam agresywnym HDR-em, przesadzonym wyostrzaniem czy choćby podkręconą saturacją.
Tu zdecydowanie postawiono na naturalność, co docenią w szczególności ci, którzy do tej pory korzystali z pełnoprawnych aparatów.

Zacznijmy od głównej jednostki, która stanowi fundament całego systemu i widać to od razu.
W standardowych ujęciach dających ekwiwalent pomiędzy 23, a 35 mm możemy dostrzec bardzo dobrą szczegółowość, co w sumie nie powinno dziwić, gdy korzystamy z 1 calowej matrycy.

Tekstury cegieł, metalu, murów czy śniegu są realistyczne. Wyostrzanie jest subtelne, kontury czyste, a wokół kontrastowych krawędzi nie widać charakterystycznej poświaty.
Kolorystyka jest neutralna. To nie jest ten typowy ciepły styl przygotowany pod media społecznościowe, ani też przesadnie kontrastowe zdjęcia jak w niektórych konkurencyjnych flagowcach.
Zieleń jest naturalna, czerwień nie ucieka w wściekły neon, a biel śniegu pozostaje bielą, bez niebieskiego zafarbu.
Bardzo dobrze wypada też zakres dynamiczny. W scenach kontrastowych. Na przykład w przejściach z ciemnego wnętrza do jasnego wyjścia – światła nie są brutalnie przepalane.

Oczywiście pod warunkiem, że skorzystamy z opcji HDR — w niektórych sytuacjach naprawdę warto to zrobić.
Szczególnie że tym razem główna matryca korzysta z zaawansowanej technologii, która umożliwia każdemu pikselowi przechowywanie różnej ilości światła.

Dzięki temu możemy osiągać naprawdę szeroki zakres dynamiki pomiędzy tym najciemniejszym, a najjaśniejszym fragmentem sceny.
To w praktyce oznacza zdecydowanie lepszą eliminację prześwietleń i jednocześnie rejestrację większej porcji detali w trudnym oświetleniu.

To co jeszcze warto odnotować, to to, że przejścia tonalne do bieli są zwykle miękkie, bez nagłego „ucięcia” detalu, a jednocześnie cienie nie są sztucznie wyciągane.
HDR działa tu w sposób w jaki oczekujemy, ale nie dominuje całościowo nad obrazem. To wyraźna zmiana względem poprzednika, który miewał niekiedy tendencję do prześwietlania niektórych partii obrazu.

To wypadkowa tego, że zarówno tam, jak i tu przetwarzanie jest oparte na dużej ilości informacji z sensora, a nie typowej agresywnej rekonstrukcji AI.
Zatem jednostka główna to nowy, dopracowany sensor wykazujący się bardzo stabilną i przewidywalną pracą.

Ultraszeroki kąt również trzyma poziom. Geometria jest dobrze skorygowana. Linie budynków nie wyginają się nienaturalnie przy krawędziach.
Szczegółowość w centrum kadru jest bardzo dobra, a spadek jakości na brzegach jest niewielki i naturalny. Co ważne kolorystyka ultraszerokiego modułu jest spójna z głównym aparatem.
Nie mamy więc tego jednoznacznego wrażenia, że przełączamy się na zupełnie inną jednostkę. To solidny ultraszeroki kąt, ale bez wyraźnego efektu „wow”.
Powiedziałbym, że jest po prostu bezpieczny i przewidywalny w swoim zachowaniu. Teraz coś, co jest jedną z najmocniejszych stron tego modelu, czyli teleobiektywy.

Przy 75 mm obraz jest bardzo czysty, ostry i plastyczny. Widać realną kompresję perspektywy, a zdjęcia wyglądają bardziej „aparatowo” niż smartfonowo.
Przy 200 mm nadal utrzymana jest wysoka szczegółowość, choć mówimy tu już o drodze wspieranej cyfrowo.

Mimo to nawet przy podniesionym ISO detale nie rozpadają się i nie są agresywnie wygładzane. Struktura obrazu pozostaje również wiarygodna.
Co ciekawe, nawet przy bardzo dużych wartościach zoomu, rzędu ponad 400 mm, obraz pozostaje używalny.
Oczywiście widać delikatną ingerencję algorytmów, ale nie ma efektu akwareli, ani dramatycznego rozpadu struktury. To zdecydowanie jeden z bardziej dopracowanych systemów tele w smartfonie.
Bardzo dobrze wypadają też zbliżenia i makro realizowane przez teleobiektyw, choć niedosyt pozostawia to, że tym razem minimalny dystans ostrzenia wynosi 30 cm, a nie 10 tak jak w poprzedniku.
Przy całym zakresie ogniskowych dla optycznego zoomu widać świetną mikroszczegółowość. Kryształki śniegu, włókna trawy, igły świerku są wyraźne i nie zlewają się w jedną masę.

Co ważne, nie ma agresywnego podbijania mikrokontrastu. Struktury wyglądają naturalnie, a tło rozmywa się w sposób optyczny, a nie cyfrowy.
Plastyka obrazu to w ogóle duży atut tego telefonu. Separacja planów jest naturalna, bez sztucznego „wycinania” obiektu jak w typowym trybie portretowym.

To ponownie sprawia, że zdjęcia mają bardziej fotograficzny charakter. Coś co odczytuję jako główny atut tego urządzenia.
Na koniec: selfie - warto odnotować, że otrzymaliśmy tu ulepszoną jednostką opartą o matrycę obsługującą 50 megapikseli i oferującą autofocus, widać tu konsekwencję.

Przedni aparat nie wygładza agresywnie skóry. Nie ma tego mocnego efektu „beauty” - chyba, że sami zaczniemy przesuwać suwak upiększania.
Tekstura skóry jest zachowana, zarost wygląda naturalnie, a oczy nie są przesadnie wyostrzone.

W słabszym świetle, nawet przy wyższym ISO, selfie nie rozpadają się pod wpływem odszumiania. Szum jest kontrolowany, ale nie kosztem detalu.
W jasnych scenach z dużą ilością śniegu twarz jest poprawnie naświetlona, a tło nie jest przepalone.

Co bardzo ważne, kolorystyka selfie jest spójna z tylnymi aparatami. To niby drobiazg, ale w praktyce wiele smartfonów oferuje zupełnie inny styl we frontowej kamerze. Tutaj tego problemu nie ma.
Podsumowując część dzienną stwierdzam, że Xiaomi 17 Ultra oferuje bardzo dojrzały, konsekwentny system fotograficzny.

Nie próbuje na siłę robić efektu „wow” agresywnym przetwarzaniem. Zamiast tego dostajemy naturalność, dobrą mikroszczegółowość, świetne teleobiektywy i spójną kolorystykę między wszystkimi modułami.
To aparat, który bardziej przypomina mały aparat fotograficzny, niż typowy smartfon z nadmiarem AI.
Fotografia nocna
Jeżeli dzień był pokazem kontroli i naturalności, to noc w tym wypadku jest pokazem charakteru. Xiaomi 17 Ultra po zmroku nie próbuje zrobić z nocy dnia.
I to jest ogromna zaleta. Sceny zachowują klimat, ciemne niebo pozostaje ciemne, światło ma swoją temperaturę, a śnieg w świetle latarni nie wygląda jak biała plama bez faktury.

I właśnie. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to bardzo dobra kontrola jasnych punktów. Neony, szyldy, oświetlone witryny czy iluminacje budynków nie przepalają się agresywnie.
Tu ponownie dochodzi do głosu w szczególności główna jednostka i jej możliwość przechowywania różnej porcji światła w pikselach, dzięki czemu eliminujemy ryzyko prześwietlenia.

Nie mamy tu efektu „rozlanej lampy” ani dramatycznej poświaty wokół źródeł światła. Owszem, delikatna poświata się pojawia, ale jest ona naturalna i nie psuje odbioru zdjęcia.
W ujęciach architektury, czy to zamek, wieże kościoła czy kamienice, widać wyraźnie, że telefon potrafi zachować szczegóły w cegle, kamieniu i elementach dekoracyjnych, nawet przy ISO rzędu 2500–5000.

Co ważne, algorytmy nocne nie przesadzają z podbijaniem cieni. Obraz nie wygląda płasko. Jest kontrast, jest głębia i jest przestrzeń między planami.
Przy wyższych czułościach oczywiście pojawia się ziarno, szczególnie w jednolitych partiach nieba. Ale ma ono drobną, kontrolowaną strukturę dzięki czemu nie widać agresywnego rozmywania detali.

Teleobiektyw po zmroku to jeden z najmocniejszych punktów całego zestawu dający powtarzalną jakość.
Przy 75 mm i 100 mm jakość jest nadal bardzo dobra – mamy wysoki poziom detalu, dobrą ostrość i racjonalną kontrolę szumu.

Nawet przy ekstremalnych ogniskowych, rzędu 200 czy ponad 300 mm, zdjęcia pozostają użyteczne.
Oczywiście widać już ingerencję algorytmów i delikatne wygładzanie, ale to wciąż poziom, który daje realną przewagę nad typowym cyfrowym zoomem.

Wiele ujęć zostało wykonanych przy czasach typu 1/10, 1/14 czy 1/20 sekundy i nadal pozostawały ostre, co każe sądzić, że stabilizacja działa bardzo skutecznie.
To pozwala utrzymać niższe ISO i co za tym idzie lepszą jakość obrazu.

Nocne zdjęcia mają przyjemną, lekko ciepłą tonację tam, gdzie jest ciepłe światło, i neutralną tam, gdzie dominuje np. białe światło LED.
Balans bieli nie „pływa”, nie ma dziwnych zielonych czy fioletowych dominant. W ten sposób łatwo było oddać rzeczywistą atmosferę nocnego Krakowa przykrytego śniegiem.

Podsumowując, Xiaomi 17 Ultra oferuje bardzo dojrzały zestaw aparatów. Naturalny, szczegółowy, z szerokim zakresem dynamicznym i świetną spójnością między obiektywami.
Z kolei w nocy udowadnia, że to prawdziwy flagowiec fotograficzny. Jest kontrola światła. Jest detal przy wysokim ISO. Jest użyteczny teleobiektyw.

Jest skuteczna stabilizacja. I finalnie jest też klimat, którego często brakuje w mobilnej fotografii.
Wideo i refleksja końcowa

W przypadku video pierwsze, co rzuca się w oczy, to to, że obraz jest czysty i dość szczegółowy, ale nie jest „agresywnie ostry”.
Tablice rejestracyjne są czytelne. Struktura elewacji budynków pozostaje zachowana. Krawędzie znaków drogowych są wyraźne.
To zaś sugeruje, że telefon nie stosuje nadmiernego cyfrowego wyostrzania w wideo, co jest zdecydowanym plusem. Obraz wygląda na taki bardziej naturalny, niż „przeprocesowany”.
Jednocześnie widać lekkie wygładzenie w drobnych teksturach typu śnieg, czy mokry asfalt.
Kompresja jest obecna, ale nie agresywna – nie widać bloków czy rozpadających się detali. Wygląda to zatem na sensowny balans bitrate’u do jakości.
Do tego mamy ponownie skuteczny HDR, oraz dobrze zachowaną kolorystykę i balans bieli.

Umówmy się, zimowa scena to wymagający test, bo na jednym planie mamy szare niebo, śnieg i do tego ciepłe elewacje budynków.
Tymczasem balans bieli wygląda stabilnie i neutralnie. Nie mamy tu niebieskiego zafarbu na śniegu, przesadnie ocieplonych budynków, czy nienaturalnie podbitej saturacji.

Kolory są realistyczne i lekko stonowane, co nadaje całości bardziej filmowy charakter.
Szum jest minimalny, ale obecny i to jest akurat dla mnie ważne, bo zawsze zwiększa szansę na zachowanie detalu, niż jego pełną eliminację tylko po to by wydobyć gładki obraz.
Dostajemy tu wszystko to, czego moglibyśmy oczekiwać filmowo od takiego urządzenia, czyli dobrą szczegółowość, naturalne kolory, stabilną ekspozycję, dobrze kontrolowany HDR i brak mocnego wyostrzania.
No i oczywiście nie zabrakło tu trybu log, więc mogłem po swojemu pokolorować ujęcia. Taki materiał mogłem bez problemu wciągnąć do montażu obok ujęć z większej kamery.
Powiedziałbym, że to system bardzo świadomy, naturalny i dojrzały, ale w warstwie wideo jeszcze nie tak bezkompromisowy jak ten w fotografii. Mam tu głównie na myśli pracę ultraszerokiego kąta.
Bardzo trafia do mnie analogia, że to częściej aparat z doklejonym smartfonem.

Rzeczywiście ten aspekt jest tu mocno zaznaczony i stanowi, jak sądzę, główny powód, by sięgnąć po taką propozycję jak Xiaomi 17 Ultra.
I wiecie co? Ten materiał nie powstał dla algorytmu. Zrobiłem go po swojemu. Tak jak chciałem.

Jak się okazuje, czasem kryzys twórczy nie oznacza, że przestajesz coś lubić. Po prostu potrzebujesz narzędzia, które przypomni Ci, dlaczego w ogóle zacząłeś to kiedyś robić.
Xiaomi 17 Ultra może dla wielu stać się właśnie takim pretekstem. Co więcej, masz go zawsze na wyciągnięcie ręki.

