Oppo Reno 15 Pro: średnia półka wcale nie jest już taka średnia | Recenzja
Ten tekst powstał na podstawie materiału wideo, który znajdziesz na naszym kanale YouTube. Zobacz film tutaj.
Powrót mniejszego formatu
Ten telefon często już w pierwszych zdaniach jest przedstawiany jako nietuzinkowy ze względu na swoje rozmiary.
Rzadko bowiem na rynku pojawia się propozycja czegoś, co nie ma wyświetlacza o przekątnej 6,8 cala. Co ciekawe, poprzednie generacje tego modelu właśnie takie ekrany posiadały – a tu proszę.

Producent wyraźnie zmniejsza ten model i jak najbardziej należy to pochwalić.
Nadal jednak daleki jestem od używania określeń takich jak „niewielki” czy „kompaktowy”, bo w mojej prywatnej definicji na to miano zasługiwały konstrukcje pokroju iPhone’a 5s, którego miałem przez lata.

To urządzenie rzeczywiście było lekkie, nie wypychało kieszeni i dało się wygodnie obsłużyć jedną ręką.
Aktualnie zaś żyjemy w czasach, gdy, w tym wypadku, 6.3 cala to propozycja rzadka i oznaczająca jeden z tych mniejszych smartfonów jakie obecnie są dostępne.

Co ciekawe, na niektórych rynkach model ten funkcjonuje również jako Oppo Reno 15 Pro Mini.
Dla porządku przypomnę, że wśród pozostałych propozycji na rynku znajduje się Vivo X200 FE, który zdaje się być tutaj bezpośrednim rywalem.

Dalej mamy typowych przedstawicieli flagowców w ich mniejszych wersjach, czyli obecnie Samsunga S25 oraz Xiaomi 15. Poza Androidem oczywiście pozostaje jeszcze iPhone 17.
Jeśli czegoś nie wymieniłem, to proszę skorygować mnie w komentarzu.

Nie ukrywam, że mi ostatnio mocno po drodze z tymi mniejszymi smartfonami. Aktualnie mam u siebie iPhone’a 17 Pro, Xiaomi 17 Pro i S25 Ultra, po którego sięgam ostatnio najrzadziej.
Dobrze więc widzieć w tym gronie kolejną propozycję, która w dodatku swoje bycie Pro nie wycenia tak wysoko na starcie, choć do samej ceny się jeszcze odniosę.

Tak czy inaczej, znajdujemy się tu już niemal na końcu oferty tzw. średniej półki.
Trzeba ją naprawdę dobrze poukładać pod względem parametrów, bo w przeciwnym razie ktoś w tej samej cenie może zdecydować się na S25 lub pozostałe wymienione przeze mnie smartfony, poza iPhonem 17, który trzyma cenę bliżej 4 tysięcy złotych.
iPhone’owy ślad

Skoro mowa o iPhonie, nie da się nie zauważyć, że Oppo Reno 15 Pro, a także cała grupa BBK i Xiaomi, otwarcie wzorują się na Apple. Chcą dorównać jego designowi i funkcjom, traktując go jako punkt odniesienia.
Właściwie doszło do tego, że gdybym ustawił profilem smartfony, które testowałem w ubiegłym roku, miałbym problem z ich odróżnieniem, bo te płaskie aluminiowe ramki widzimy już praktycznie wszędzie.
Nie czynię z tego oczywiście zarzutu, a jedynie traktuję to jako obserwację — język projektowy smartfonów w ostatnim czasie mocno się zunifikował.
Nie jest też przypadkiem, że w tym wypadku Oppo stawia na wyraźne akcenty w postaci połyskującej faktury na szkle.
Nie ukrywam jednak, że w mojej opinii wersja brązowa wygląda zdecydowanie lepiej, przywodząc na myśl testowany przeze mnie Xiaomi 15T Pro.
No tak, czy inaczej ta identyfikacja wizualna ograniczyła nam się głównie do jeszcze różniącego się wyglądu tylnej obudowy i czasami, choć nie zawsze, wymyślniejszej wyspy aparatów.

To jest niewątpliwie bezpieczny projekt, podobny zresztą do poprzednich, ale jednocześnie dający gwarancję, że ten telefon się źle nie zestarzeje - pod warunkiem, że postawimy na ten brązowy.
Wiem, uczepiłem się, ale cóż poradzę, że tamten kupuję po prostu w całości bez marudzenia. A poza tym jakie to ma znaczenie jak i tak zaraz ten telefon wyląduje u większości z was w etui, prawda?

To co bardzo mi się podoba i biorę to jako już znak czasów, to to, że w tej półce cenowej, ale i przy okazji też tańszych propozycji, pojawia nam się już certyfikat IP69.
Wspomniałem to może lekko z przekąsem, że sylwetki smartfonów mocno się do siebie upodabniają.
Z drugiej strony trudno narzekać na to, że w obecnych czasach już standardem staje się fakt, iż nie trzeba kupować pełnoprawnego flagowca.
Dzięki temu można doświadczyć aluminiowej ramki, solidnego szkła na froncie czy wyświetlacza o wąskich i symetrycznych ramkach.

Wreszcie wszystko wygląda ładnie i schludnie, a przy tym nie trzeba od razu oklepywać kieszeni w poszukiwaniu czterech tysięcy złotych albo więcej.
Warto także dodać, że urządzenie oferuje dual SIM z opcjonalnym eSIM, NFC oraz podczerwień, więc pod tym względem nie ma żadnych niedostatków.
Android z ambicją iOS

Idąc dalej, włączasz sobie ten telefon i widzisz, że producent również niczego nam nie żałował, gdy projektował tę nakładkę, a konkretnie ColorOS 16 opartą na Androidzie 16.
Co prawda autoryzując wejście do systemu za pomocą optycznego czujnika linii papilarnych mógłbym trochę ponarzekać na jego zbyt niskie umiejscowienie, ale najważniejsze jest to czego doświaczamy później.

ColorOS w swoim najnowszym wydaniu to próba stworzenia typowo androidowego interfejsu, zachowującego wszystkie jego atuty.
Z drugiej strony przebijają się tu ambicje iPhona, widoczne w płynnych animacjach i funkcjach niemal wziętych jeden do jeden z iOS-a.

To z kolei oznacza, że mamy tu podzielony widok, podręczne okna, boczny pasek narzędzi oraz wszystkie narzędzia AI od Google, jak również te oferowane przez producenta.
Jednocześnie dostępne jest proste i czytelne menu ustawień, dynamiczna wyspa, efekt głębi dla tapet w trybie ekranu blokady oraz możliwość łączenia się z urządzeniami od Apple w celu wymiany plików.

Zresztą to ostatnie to niezły fortel, bo mając już w rodzinie iPhone’a wcale nie musimy być całkowicie wyjęci poza ekosystem.
Może jeszcze nie damy rady współdzielić notatek ani wysyłać sobie zaproszeń na wydarzenia, ale wymiana plików czy synchronizacja SMS-ów i powiadomień z iOS jest jak najbardziej możliwa.
Wszystko dzięki aplikacji O+ Connect, którą należy zainstalować na iPhonie. Oppo robi wszystko, żeby ostatecznie zdobyć stałego użytkownika po swojej stronie.
Nie dość, że ułatwia mu wiele rzeczy, to jednocześnie tworzy podobne funkcje u siebie, aby przywiązać użytkownika do ekosystemu Oppo, którego elementów nie przeniesiemy poza jego granice.

Najprostszym przykładem jest funkcja Mind Space.
Jej odpowiedniki w innych nakładkach na Androida, a także dziennik w iOS, mają za zadanie przyzwyczaić użytkownika do tworzenia screenów, notatek i innych materiałów w jednym, konkretnym miejscu.

To świetny patent by ta często najbardziej osobista część naszego smartfona była przypisana do konkretnej marki i urządzenia. W przyszłości może to często hamować nas przed ewentualną zmianą.
Tak czy inaczej, znajdziemy tu właściwie wszystko, czego moglibyśmy wymagać od współczesnego smartfona pracującego na Androidzie, na czele z płynnym i przewidywalnym działaniem systemu.

Całość jest wsparta 12 gigabajtami RAM-u oraz procesorem Mediatek Dimensity 8450.
Wprawdzie mamy tu standard UFS 3.1, co może pozostawić niedosyt, szczególnie że producent deklaruje 5 dużych aktualizacji systemowych, co każe sądzić, że jest to urządzenie zaprojektowane na lata.
Ekran bez fajerwerków

Nie muszę chyba dodawać, że codzienna obsługa tego telefonu jest przyjemna ze względu na wspomniany rozmiar ekranu.
W dodatku ekran legitymuje się żelaznym klasykiem: AMOLED, HDR 10+, 120 Hz i rozdzielczością Full HD+.
Szkoda, że bez LTPO, ale coś dla tych flagowców musi zostać, podobnie zresztą jak jasność szczytowa oraz maksymalna, których tu nominalne wartości podawane przez producenta szału nie robią.
W praktyce trudno mi to ocenić, bo obecna zimowa aura sprawia, że nie widzę jakichś niedostatków na tym polu, ale nie wiem jak ten ekran zachowuje się w słoneczny dzień.

Dotychczas nie mogłem narzekać na widoczność treści w tym smartfonie.
Bateria, która robi różnicę

Na co z kolei mógłbym trochę ponarzekać, to średni półkowy dźwięk oraz wibracje, które uznaję co najwyżej za przeciętne. Z całą pewnością nieprzeciętny jest natomiast akumulator znajdujący się w środku.
Rzeczą, którą najczęściej wymienia się przy okazji Oppo Reno 15 Pro, oprócz gabarytów, jest gęstość energetyczna wynosząca 6200 mAh, czyli dokładnie taka sama, jaka znalazła się w większym poprzedniku.

I tu trzeba przyznać, że jest to nadal jeszcze rzadka sytuacja, ale jednocześnie zwiastun tego co czeka nas w niedalekiej przyszłości.
Do tego mamy ładowanie z maksymalną mocą 80 watów, więc to już całkiem fajna prędkość przy takiej pojemności.

Przekłada się to na niecałą godzinę ładowania od zera do pełna, oczywiście pod warunkiem użycia przeznaczonej do tego ładowarki.
Mogę od razu dodać, że to kolejny w ostatnim czasie smartfon, który przy moim sposobie użytkowania pozwolił mi bez trudu przekroczyć dwa pełne dni i zbliżyć się do trzech.
Ufam, że wkrótce stanie się to normą. Szkoda jedynie, że producent tym razem zrezygnował z ładowania indukcyjnego.
Jeśli ktoś do tej pory upodobał sobie ten sposób, będzie musiał obejść się smakiem. Warto jednak wyróżnić ten telefon za jego kompaktowe gabaryty i jednocześnie odczuwalnie lepszy potencjał baterii.
Aparaty i twarda kalkulacja

Na koniec aparaty i tutaj na szczęście niczego nam nie zabrano, co więcej nawet jeszcze dano, bo główny sensor ma od teraz nie 50, a 200 megapikseli, choć akurat tej decyzji do końca nie rozumiem.
To znaczy, podejrzewam, że być może jej uzasadnienie tkwi w tym, że algorytmom AI łatwiej pracować z większą liczbą megapikseli, które dostarczają więcej informacji do analizy.
Uczciwie jednak trzeba dodać, że w przypadku tej niemal identycznej rozmiarowo matrycy, co w poprzedniku, otrzymujemy mniejszy pojedynczy piksel.
Przekłada się to na większy szum oraz ograniczoną dynamikę tonalną, przez co AI często musi mocno rekonstruować detale, mówiąc wprost – „zgadywać tekstury”.

Wsparciem tutaj na pewno jest łączenie pikseli, co często przekłada się na to, że finalnie zdjęcie domyślnie jest generowane w obrębie 17, czy 18 megapikseli, a samo AI sprawia wrażenie powściągliwego.
Proponowane w aplikacji dwukrotne powiększenie, czy siedmiokrotne bazujące już na matrycy z teleobiektywu daje zaskakująco dobre i naturalne efekty.

Dopiero gdy zaczniemy powiększać obraz do wartości razy 20 lub więcej, widać wyraźnie, że mocno dochodzą do głosu mechanizmy multiframe i algorytm.
Działają one razem, próbując zinterpretować obraz, przy czym nie dopuszczają do głosu żadnych szumów ani ząbkujących krawędzi.

Efekt bywa wtedy daleki od naturalności, ale lepsze to niż halucynowanie struktur i tworzenie akwareli, które znamy z przeszłości.
Dobrze wiedzieć, że mamy tu kompletny zestaw. Pozostałe dwie jednostki, czyli ultraszerokokątna oraz 3,5‑krotny zoom optyczny, bazują na 50 megapikselach.

Dzięki temu pokrywamy już bardzo użyteczny zakres, i to bez większych kompromisów, jeśli chodzi o samą jakość.
Zresztą w tym budżecie nie przystoi już częstować użytkowników jakimiś zapchajdziurami pokroju 5 megapikselowego makro.
Tu wszystko jest na swoim miejscu i zwyczajnie dostarcza satysfakcjonujących ujęć.
Warto także odnotować, że aparat do selfie wykorzystuje matrycę 50 MP z ultraszerokokątnym autofokusem, co jest obecnie rzadkością.
Szkoda jedynie, że w trakcie zmian ogniskowych, gdy kręcimy video, zobaczymy dość duże rozbieżności w balansie bieli pomiędzy jednostkami, ale z drugiej strony, byłbym mocno zdziwiony gdyby było inaczej.
Podobne uczucia mam wobec stabilizacji obrazu, która również jest co najwyżej przeciętna.

W końcu to zestaw do codziennego dokumentowania rzeczywistości, bez wielkich pretensji artystycznych czy uderzania w profesjonalne tony, choć nazwa urządzenia może sugerować coś innego.
Co ja sobie myślę o tym smartfonie, że zacytuję Pana Mirka, serdecznie pozdrawiam. Powiedziałbym, że to naprawdę solidna propozycja, która ma sporo konkretnych argumentów po swojej stronie.

Mimo to muszę zaznaczyć, że nie jestem do końca fanem aktualnej ceny wynoszącej 3300 złotych.
Wprawdzie z tego, co widzę, telefon jest dostępny tylko w wersji półterabajtowej i to się chwali, ale nie możemy zapominać, że w tej cenie i gabarytach mamy też konkurencję, na przykład S25 na Snapdragonie.

Ten model dodatkowo oferuje wyświetlacz LTPO, indukcję, USB 3.2 oraz UFS 4.0, nie wspominając o tym, że ma więcej niż 6,3 cala.
Jeśli komuś udało się dorwać ten telefon za powiedzmy 2800 złotych, bo były jakieś promocje i inne cashbacki, to naprawdę super, zwłaszcza jeśli ktoś przedkłada wydajność baterii ponad moc obliczeniową.
Finalnie, Oppo Reno 15 Pro jawi mi się jako telefon bardzo świadomie zaprojektowany. Nie powstał po to, żeby bić rekordy w benchmarkach ani gonić flagowce na papierze.
Jego głównym celem było dać użytkownikowi spójne, wygodne i przewidywalne doświadczenie w możliwie najmniejszym, jak na dzisiejsze realia, wydaniu.
To przede wszystkim smartfon dla kogoś, kto szuka odczuwalnie mniejszego urządzenia.
Kogoś kto doceni świetny czas pracy, solidną jakość wykonania, kompletny zestaw aparatów i dopracowany system, a jednocześnie jest gotów zaakceptować pewne kompromisy.

Są one wciąż miejscami widoczne, typowe dla tej półki cenowej, choć warto dodać, że przez takie smartfony jak ten poziom średniej półki staje się coraz bardziej dopracowany.
Powtórzę: w aktualnej cenie startowej jest to propozycja trudna do jednoznacznego polecenia.
Jednak przy sensownej promocji, a z pewnością takie jeszcze przed nami, Oppo Reno 15 Pro stanie się jedną z ciekawszych alternatyw na rynku „mniejszych” smartfonów.

Nie próbuje na siłę wskakiwać w buty dużego flagowca, ale ma naprawdę wiele do zaoferowania i uczciwie robi swoje.
Rzadkość tego typu urządzeń również działa na jego korzyść, i być może właśnie w tym tkwi jego największa siła.