Jaka najlepsza moc ładowania do smartfona?

Praktycznie każdy z nas planując zakup nowego smartfona zwraca uwagę na kilka podstawowych parametrów, które decydują o tym, czy dana propozycja producenta jest w ogóle warta rozważenia.

Ja osobiście nie fiksuję się na mocy ładowania smartfona i przyznam szczerze, że ma to dla mnie drugorzędne znaczenie.
W domu mam ładowarki, w aucie port do ładowania, w plecaku zawsze noszę indukcyjny powerbank, parę razy zdarzyło mi się poprosić kogoś o ładowarkę np. Pracownika kawiarni i krzywda z tego powodu mi się nie stała.
Coraz częściej w środkach komunikacji publicznej spotykamy się również z portami do ładowania i chyba na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć naprawdę krytyczne sytuacje, kiedy byłem z dala od jakiegoś źródła prądu, a mój telefon właśnie dogorywał.

Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale próbuję Wam przekazać, że trochę nie rozumiem fetyszyzowania mocy z jaką ładuje się dany smartfon.
Tak jakby każdy z nas bezwzględnie potrzebował codziennie naładować telefon do pełna w 15 minut, bo jeśli w porę tego nie zrobi, to potem po wyjściu z domu będzie musiał przez resztę dnia drżeć o losy swojej baterii.

Oczywiście szybkie ładowanie będzie w niektórych sytuacjach wygodnym rozwiązaniem, kiedy np. ktoś niezwykle intensywnie korzysta ze smartfona w ciągu dnia.
Natomiast nadal będę się upierać, że dla większości przeciętnych użytkowników nie będzie to parametr, który miałby w istotny sposób decydować o wyborze smartfona w przyszłości. Kultura pracy na baterii i dbanie o jej żywotność uważam za zdecydowanie ważniejszy aspekt.

Dlaczego w takim razie producenci lubią chwalić się mocami ładowania. Ano powód jest oczywiście banalnie prosty. Chodzi o liczby. Uwielbiamy liczby. To przecież najłatwiejszy sposób by coś parametryzować i potem to ocenić.
Tylko dodatkowo problem w tym przypadku polega na tym, że jeśli producent chwali się, że jego smartfon ładuje się z mocą przykładowo 67 watów i na tym kończy swoją wypowiedź, to tak naprawdę nie mówi nam wszystkiego, a niestety spora część osób przywiązuje się do tej konkretnej liczby.

Warto w tym miejscu podkreślić, że deklarowana przez producenta moc ładowania, to zwykle szczytowa wartość, co za tym idzie nie występuje ona w trakcie całego procesu ładowania, a jedynie w określonej fazie.
Może to trwać np. zaledwie kilka minut by potem obniżyć napięcie i przepuszczać stabilny prąd poprzez wolniejsze ładowanie w tej drugiej połowie, kiedy bateria wskazuje na ponad 50 procent naładowania.

A zatem jeśli już dla kogoś z was ten parametr jest niezwykle ważny, to szukajcie informacji o tym w jakim czasie ładuje się konkretny smartfon, a nie jaką moc ładowania deklaruje producent, bo bywa to czasami mylące.
No i o ironio często ten sam telefon ładowany z super mocą nie może pochwalić się długim czasem pracy na jednej sesji baterii, mimo, że nominalna pojemność ogniwa wskazywałaby, że możemy tutaj liczyć na spory zapas mocy.

Osobnym wątkiem, który na pewno zasługuje na swój odcinek to wreszcie kwestia samych ładowarek, które coraz częściej kupujemy osobno.
Nadmienię tylko, że w naszym sklepie znajdziecie naturalnie szeroki wybór renomowanych producentów i tu warto zwrócić uwagę na odpowiednie parametry tak by wykorzystać pełny potencjał takiego adaptera.
Jaka matryca w smartfonie będzie najlepsza?

Kolejny przykład jeśli chodzi o przyciąganie naszej uwagi liczbami. Parametry aparatów określające powiększenie, czy ilość megapikseli w matrycy są chyba ulubionym tematem marketingowców.
Oczywiście każdy chce mieć telefon, który w swoim budżecie robi jak najlepsze zdjęcia, natomiast niestety nadal spora część użytkowników daje się uwieść liczbom, które często w ogóle nie idą w parze z jakością.
Sztandarowym przykładem jest podawanie ilości megapikseli w głównej matrycy, czyli w tym aparacie, który ma z zasady najlepszą matrycę spośród wszystkich i optykę o standardowej ogniskowej.

Rzucę skrajny przykład. Kiedy słyszymy, że jakiś smartfon ma matrycę o rozdzielczości 100 megapikseli, a inny w tym czasie ma 12 megapikseli, no to w intuicyjny sposób myślimy, że ten pierwszy z pewnością będzie robić lepsze zdjęcia.
I nawet gdybyśmy hipotetycznie założyli, że oba korzystają z optyki tej samej jakości, to i tak nadal ta większa liczba nie będzie gwarantować nam lepszych zdjęć, bo nie liczy się ilość pikseli, a jakość pojedynczego piksela.

Gdyby jakość była wyrażana proporcjonalnie do ilości pikseli, to iPhone z serii Pro na wzór Samsunga, już dawno miałby matrycę w rozdzielczości 200 megapikseli, podczas, gdy dopiero w zeszłym roku zrezygnował z ulepszania matrycy o rozdzielczości 12 megapikseli.

Innym przykładem jest wartość powiększenia. I tutaj też producenci lubią rzucać trzykrotny zoom, pięciokrotny zoom, albo najlepiej od razu stuukrotny zoom. Ale nie każdy chce od razu dodawać, że owe powiększenie nie zawsze dotyczy powiększenia optycznego.


Przyznam, że sam w trakcie tegorocznej prezentacji iPhone’a 15 przez chwilę zwątpiłem, czy przypadkiem producent wyraźnie nie sugeruje, że mamy tutaj do dyspozycji dwukrotne zbliżenie optyczne.
Mimo, że logika wskazywała, że jest to po prostu zwykłe zbliżenie cyfrowe, ale opakowane takimi zabiegami retorycznymi, że przeciętny konsument będzie gotów głosić prawdę, że od teraz podstawowy iPhone umożliwia dwukrotne zbliżenie.
Co oczywiście będzie prawdą, ale tylko wtedy, gdy podkreślimy, że telefon kadruje cyfrowy obraz z 48 megapikselowej matrycy.

To jest ten pierwszy zasadniczy aspekt. Drugi z kolei jest taki, że same parametry jeszcze nic nie znaczą.
Wprawdzie mamy coraz bardziej rozwijaną sztuczną inteligencję w systemowych aplikacjach aparatów, czy galeriach, coraz bardziej zaawansowane algorytmy, które interpretują światło i cień, ale to nadal nie zastąpi podstawowej znajomości obsługi aparatu.

Powiem to może brutalnie, ale jeśli nie umiesz kadrować, świadomie wykorzystywać światła, czy wreszcie, nie umiesz skorzystać z prostych narzędzi edycyjnych, to zawsze będziesz się frustrować, że czyjeś zdjęcia wyglądają lepiej i bić się w myślach jakiego używa telefonu, albo może aparatu.
Podkreślę to raz jeszcze. Dobry sprzęt to nie wszystko. Droga patelnia nie czyni z ciebie wytrawnego kucharza …
Najlepsza rozdzielczość ekranu w telefonie

Kolejnym fetyszem zarówno użytkowników, jak i producentów smartfonów jest rozdzielczość ekranu. Tym razem posłużę się tutaj przykładem flagowca od Sony, czyli Xperia 1 mark V.
To pod wieloma względami naprawdę świetny telefon, ale również Sony nie jest tutaj wolne od pokus by walić nam po oczach dużymi liczbami.

Jeśli nie wiecie, to przypomnę, że mamy tutaj 6,5 calowy wyświetlacz o rozdzielczości 4k i mam wrażenie, że jest on tutaj tylko po to by o nim powiedzieć.
O czym najlepiej świadczy to, że często w takich ultra flagowcach nie mamy domyślnie ustawionej najwyższej rozdzielczości, zwykle to jest full hd + i bądźmy szczerzy, wbijanie tego 4k na niespełna 7 calach niewiele zmienia jeśli chodzi o jakość samego obrazu.
Za to wiele już zmienia jeśli chodzi o zużycie baterii.

W kontekście ekranu zdecydowanie lepiej skupić się na tym w jakiej jest wykonany technologii, jaka jest częstotliwość odświeżania i jej zakres, jaka jest jego jasność i czy obsługuje popularne standardy przetwarzania obrazu.
Najlepszy procesor w smartfonie

Mekką wszelkiego rodzaju liczb są oczywiście kolejne generacje procesorów - jeszcze lepsze, jeszcze szybsze, stworzone do najbardziej zaawansowanych zadań.
Problem tylko polega na tym, że nie trzeba kupować nawet flagowca, ba, czasami nawet wystarczy budżetowiec by mieć urządzenie, które obsłuży większość rzeczy, z których na co dzień korzystamy.

Doszło do tego, że w pewnym momencie producenci smartfonów zaczęli wydawać nowe generacje swoich urządzeń, tylko po to by udowodnić, że można mieć w nich nowsze procesory z większą mocą obliczeniową.
Poza tą wiedzą nic dla przeciętnego konsumenta nie wynikało i na tych zmianach głównie korzystają do dzisiaj tylko ci, którzy mocno wykorzystują telefon do np. nagrywania i edytowania filmów, chociaż i tu już jakiś czas temu mam wrażenie, że osiągnięto wyporność.

Chcę przez to powiedzieć, że spora część użytkowników daje się uwieść liczbom w kontekście procesora, mimo, że na co dzień nie wykorzystuje nawet połowy jego potencjału, a często nawet sam producent jakoś specjalnie tego nie umożliwia.
Dlatego też tak wdzięcznym tematem będzie od teraz poszerzanie możliwości sztucznej inteligencji w smartfonach, która wymaga coraz to mocniejszych procesorów, czy tak jak w przypadku Apple, przedstawianie bardziej zaawansowanych graficznie gier mobilnych.

Pragnę nieśmiało przypomnieć, że przeciętny współczesny smartfon spokojnie ogarnia większość rzeczy, które robimy w telefonie, łącznie z tymi, które robimy do pracy. Jeśli nie jesteś gadżeciarzem, a zakup flagowca to dla ciebie spore nadwyrężenie finansowe, to może jednak warto to przemyśleć.
Dajcie koniecznie znać jakich równie ważnych tematów w tym kontekście nie poruszyłem, co Waszym zdaniem zasługuje na szersze omówienie, podzielcie się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami.