Gadżet, który zmienił więcej niż myślałem

Mam się za gadżeciarza, ale to właśnie smartwatch był urządzeniem, od którego przez lata konsekwentnie stroniłem.
Z pewnością jednym z powodów było to, że nie widziałem dla niego zastosowania, wszak ze sportem byłem na bakier.

Apple Watch, który początkowo jawił się jako pierwszy kandydat z racji innych posiadanych przeze mnie urządzeń tej marki, nie był w stanie mnie do siebie przekonać.
Głównym powodem jest to, że przechodzi chyba najwolniejszą ewolucję spośród wszystkich urządzeń tego producenta.

Parametrem, który świadczy o tym najlepiej, jest wciąż przeciętna wydajność baterii. Jest to deklarowane niezmiennie 18 godzin. Dopiero debiut modelu Ultra wywołał ogólne poruszenie.
Po raz pierwszy od wielu lat otrzymaliśmy zupełnie przeprojektowaną kopertę, która daje poczucie większej solidności. Co więcej, deklarowany czas pracy został wreszcie podwojony.

Pamiętam jednak, że testując pierwszą generację tego zegarka nie szczędziłem pod jego adresem złośliwości akcentując zbyt wygórowaną na tamte czasy cenę zbliżającą się do 5 tysięcy złotych.
Rok później marka zaprezentowała drugą generację tego modelu. Jak można się było spodziewać, ograniczono się do krótkiej listy ulepszeń — nowy procesor, jaśniejszy ekran oraz więcej miejsca na dane.

Ostatecznie nie zrecenzowałem tego zegarka uznając, że być może następny model będzie wart poświęcenia mu większej uwagi.
Tymczasem, jak się wkrótce okaże, marka zaserwuje nam powrót po latach do AirPodsów Max, których główna zmiana będzie obejmować nową gamę kolorów.

Takiej metamorfozy doczeka się również Apple Watch Ultra 2, którego kolor naturalnego tytanu zastąpi czarna wersja.
To jednak nie skłoni mnie do natychmiastowego sięgnięcia po ten zegarek pod kątem filmu, choć muszę przyznać, że moje serce gadżeciarza zaczęło bić szybciej na widok tego czarnego czasomierza.

Uwielbiam czarne wersje urządzeń od Apple. Zawsze marzyłem o tym by producent wydał AirPodsy w tym kolorze, choć wiem, że te białe pchełki są zbyt charakterystyczne by tak łatwo z tego zrezygnować.
Kiedy konfigurowałem kolejnego MacBook’a Pro, wiedziałem, że jedyna wersja, która wchodzi tu w grę to gwiezdna czerń.

Jak już wspomniałem, Apple Watch Ultra w moim przekonaniu prezentuje się lepiej na nadgarstku, niż podstawowe modele.
Wynika to z tego, że ta surowość bryły jest dla mnie bardziej atrakcyjna, niż wszelkiego rodzaju obłości, czy mniejsza koronka.

Poza tym cóż. Spojrzałem na sprawy łaskawszym okiem, bo testowałem wtedy Apple Watch’a z serii 10 tym samym odkrywając uroki zażywania pierwszych treningów biegowych w towarzystwie smart zegarka.
Potem doszły do tego również spacery na miasto bez konieczności zabierania ze sobą telefonu, po który bez przerwy kompulsywnie sięgam.

Mając na sobie tylko zegarek, mogę płacić za rzeczy w sklepie.
Mogę posłuchać muzyki, stworzyć nową notatkę w ramach przypomnień, a także otrzymać powiadomienie o gotowej do odebrania paczce w paczkomacie.

Mogę odebrać połączenie telefoniczne, a nawet odpisać zdawkowo na smsa, jeśli jest taka konieczność, a jednocześnie dosięga mnie to poczucie wolności.
Do tego wystarczyło wyłączyć niemal wszystkie zbędne powiadomienia by to małe urządzenie stało się idealnym kompanem poza domem.

Tym niewielkim kawałkiem elektroniki, który nie zaznacza swojej obecności i nie kradnie w niepotrzebny sposób mojej uwagi.
Z tego powodu moje myśli zaczęły coraz bardziej orbitować wokół modelu Ultra.

Zauważyłem jego wydajniejszą baterię, a ponadto podoba mi się jako element męskiej biżuterii, który codziennie zdobi nadgarstek.
Zresztą w podobnym tonie wypowiedziałem się na temat testowanego przeze mnie Galaxy Watch Ultra, który również pod tym względem skradł moje serce.

No i tak jak wspomniałem na początku. Jestem gadżeciarzem, więc tym razem znalazłem dla siebie wystarczająco dużo powodów by wkrótce nabyć ten sprzęt w okresie pierwszych przecen.

Minęło już pół roku, odkąd korzystam z tego smart zegarka.
To wystarczająco dużo czasu, by podzielić się moimi przemyśleniami na temat tego, czy ten zakup miał tyle sensu, ile przypisywałem mu na początku.
Nowa codzienność z Apple Watch Ultra

Zacznę może od podkreślenia tego, że jestem biegaczem amatorem, a do tego regularnie spaceruję. I to w zasadzie tyle.
To oznacza, że nie spędzam na przykład kilku dni w górach z dala od gniazdek elektrycznych.

Nie jestem ani zawodowcem, ani też tak dużym entuzjastą sportu, by poświęcać wszystkie dobrodziejstwa, jakie niesie za sobą smartwatch będący częścią mojego ekosystemu, na rzecz zegarka, który kładzie głównie nacisk na długą żywotność baterii czy bardziej zaawansowane funkcje treningowe.

Chcę mieć dostęp do tych samych funkcjonalności, czy aplikacji bez kompromisów jeśli chodzi o jakość ich wyświetlania.
Co pewnie podkreślę jeszcze nie raz, chcę aby swoją wszechstronnością był w stanie w wielu aspektach zastąpić smartfon w terenie, kiedy nie chcę go ze sobą zabierać.

Wiodę żywot typowego mieszczucha, który okazjonalnie przebywa na łonie przyrody i stara się utrzymać kondycję fizyczną na elementarnym poziomie.
W takim układzie Apple Watch Ultra wypełnia więc wszystkie moje potrzeby i pozwala nie myśleć o tym, że po wyjściu z domu bateria zdąży się wyczerpać przed powrotem.

Jest tu solidny zapas na zrobienie dłuższego treningu, czy nawet spędzenia całego dnia poza domem, gdzie na stałe korzystam z połączenia LTE.
Wszystko to przy aktywnej pracy czujników biometrycznych, stale pobieranych danych z gps oraz aplikacji działających w tle.

Ani razu odkąd korzystam z tego zegarka, nie aktywowałem trybu oszczędzania energii, zaś aktualna kondycja wskazuje wciąż na 100% pojemność.
Jedyną rzeczą, którą mam na stałe wyłączoną, jest always on display, w końcu godzina i tak wyświetla się, gdy przekręcam nadgarstek.

Dodatkowo wyłączyłem większość powiadomień, których, w ramach higieny cyfrowej, po prostu nie chcę doświadczać.
W zależności od tego jak kolejne dni układają się pod względem czasu spędzanego poza domem i jak wypadają moje treningi, mogę liczyć tu na stabilne 1,5 do 2 dni pracy.

Jest to czas, który w zupełności mnie zadowala zważywszy na to, że niemal wszystkie funkcje mam tutaj na stałe aktywne.
Tak jak wspomniałem, będąc poza domem, coraz częściej polegam tylko na Apple Watch’u.

To uczucie jest bardzo uwalniające. Dodatkowo, tutejsza wydajność baterii pozwala mi czuć się pewnie, że zegarek nie odmówi nagle posłuszeństwa.
Dodam, że swój cykl pracy z pełną baterią zaczynam zwykle, gdy kładę się spać, a czujniki śledzą moje parametry snu.

Zegarek ten towarzyszy mi praktycznie przez cały dzień przejmując przy tym coraz częściej funkcje iPhone’a.
To nie znaczy jednak, że Apple Watch Ultra w roli urządzenia do wszystkiego jest w pełni niezawodny. Tu producent nie uchronił się przed kilkoma błędami.

Wspomniałem, że korzystam poza domem z połączenia LTE.
Rzecz jasna, zegarek nie może pochwalić się taką samą jakością sygnału, co telefon i z tego trudno robić zarzut, ale w kontekście rozmów telefonicznych mam dwa zastrzeżenia.

Po pierwsze, kiedy chcemy korzystać z wbudowanego głośnika, doświadczamy często nieprzyjemnego w odbiorze trzeszczenia, kiedy ustawiona głośność dobija do maksymalnej.
Jak się potem okazało, jest to powszechny problem, na który skarży się wielu użytkowników.

Często jako winowajcę wskazuje się oprogramowanie, co wydaje się prawdopodobne, ponieważ odtwarzanie muzyki czy nagranej notatki głosowej działa poprawnie.
Poza tym po ostatniej aktualizacji sprzed kilku tygodni problem ten jak narazie ustał i mam nadzieję, że został on zażegnany.

Druga zaś niedogodność dotyczy komunikacji ze słuchawkami.
Od czasu do czasu, gdy korzystam z AirPodsów i odbieram przychodzące połączenie, aplikacja telefonu się zawiesza.

Czasami głos rozmówcy nie jest przekazywany do słuchawek. W tej sytuacji nie słychać również mojego głosu, kiedy mówię do mikrofonu w słuchawkach.
Wówczas muszę przełączyć się na głośnik w zegarku i w tym czasie odparować i sparować airpodsy z zegarkiem by wszytko działało poprawnie.

Tu jestem bardziej, niż pewny, że wina leży właśnie w oprogramowaniu i mam nadzieję, że i ten błąd w kolejnych aktualizacjach zostanie poprawiony.
W końcu w sprzęcie tej klasy mam pełne prawo oczekiwać większej skuteczności w różnych scenariuszach.

Mówiąc te słowa mam również na myśli aplikację pilot aparatu, która w teorii powinna za każdym razem ukazywać bieżący podgląd naszego kadru, a niestety z tym bywa różnie.
Na tym polu zdecydowanie lepiej radzi sobie aplikacja od Dji za pomocą, której mogę zdalnie kadrować obraz, czy sterować gimbalem.

To jak narazie jedyne takie sytuacje, gdzie aktualny Watch os mówiąc kolokwialnie się wykrzacza.
Za to absolutnych zastrzeżeń nie mam do ekranu, który oceniam bardzo wysoko.

Miałem już okazję testować go praktycznie we wszystkich warunkach i nigdy nie zdarzyło się, abym narzekał z powodu braku wystarczającej czytelności w otoczeniu dziennego światła.
Nigdy także nie miałem problemu z tym, że elementy interfejsu są za małe lub źle zaprojektowane.

Nie ukrywam jednak, że chciałbym w przyszłości zobaczyć większą możliwość edycji centrum sterowania, gdzie mógłbym przypisać skrót do jakiegoś akcesorium w ramach aplikacji dom.
Również niedosyt stanowi to, że dosłownie tylko kilka tarcz działa w trybie nocnym, zaś do samych tarcz nie mam większych zastrzeżeń.

Możliwość personalizacji, zwłaszcza wersji modułowych, jest na tyle duża, że byłem w stanie zaspokoić wszystkie swoje potrzeby.
Na czele z podręcznym stosem aplikacji, który możemy wywołać gestem podwójnego stuknięcia palcem wskazującym w kciuk.

Choć muszę przyznać, że z tego skrótu korzystam akurat rzadko.
Jeśli już, to głównie przy odbieraniu połączeń, choć te odbieram również gestem skinienia głowy, kiedy akurat korzystam równolegle ze słuchawek.

Nie lubię biegu w ciszy. Tu zawsze musi towarzyszyć mi podcast, albo muzyka w zależności od nastroju, albo celu treningu.
Z mojego doświadczenia wynika, że dobrze dobrana muzyka potrafi wygenerować dobre kilka procent dodatkowego animuszu w trakcie biegu.

Nastawiam więc warstwę audio, a potem zwykle korzystam z przycisku akcji, do którego mam przypisany otwarty trening biegowy.

Czasami chcąc sprawdzić swoje postępy wybieram trening po określonej trasie, który potrafi być dla mnie dodatkowo motywujący, albo zwyczajnie obieram konkretny cel w postaci czasu, tudzież dystansu.
Można tu również dobrać własny program biegania np. taki, który w łatwy sposób pozwoli nam zrealizować trening interwałowy.

Z kolei po dokładniejsze analizy naszych wyników i parametrów możemy sięgnąć do natywnej aplikacji fitness dostępnej na iPhonie.
Wbrew pozorom oferuje ona całkiem sporo opcji, przynajmniej w ilości, która mnie satysfakcjonuje.

Właściwie jedyną rzeczą, której albo nie ma, albo nie potrafię jej prawidłowo ustawić, jest uporządkowanie listy zakończonych treningów, np. w kolejności od najlepszych czasów.
Poza tym możemy śledzić takie rzeczy jak obciążenie treningowe, wyliczane na podstawie naszych treningów z okresu ostatnich dwóch tygodni.

Warto jednak dodać, że poziom wysiłku nie jest interpretowany przez oprogramowanie, a przez nas samych.
Każdorazowo po skończonym treningu musimy ocenić swój wysiłek za pomocą specjalnej skali, co zakładam w profesjonalnych sportowych zegarkach nie ma miejsca i odbywa się automatycznie.

Tam również dochodzą takie rzeczy jak czas regeneracji na podstawie zmienności rytmu serca.
W tej kwestii Apple Watch ogranicza się na razie do parametrów życiowych, takich jak tętno, częstość oddechów, temperatura nadgarstka, poziom natlenienia krwi oraz długość snu.

Jakiekolwiek wychylenia mogą wskazywać na trwającą infekcję, co zresztą miałem okazję dwukrotnie sprawdzić i mogę potwierdzić.
Zegarek wykrył już pierwszej nocy, że organizm działa na wyższych obrotach w postaci podwyższonego tętna spoczynkowego.

Natomiast takie rzeczy jak alert odnośnie przetrenowania czy określanie momentów szczytowych dla naszej formy, w których łatwiej będzie nam pobić jakiś rekord, są na razie niedostępne.
<