Wybieram najlepszy fotosmartfon w 2025 roku!
Ten tekst powstał na podstawie materiału wideo, który znajdziesz na naszym kanale YouTube. Zobacz film tutaj.
Nie każdy smartfon z dobrym aparatem jest fotosmartfonem

Na początku chciałbym jasno rozgraniczyć jedną rzecz.
Mówiąc o fotosmartfonach, mam na myśli wyłącznie urządzenia, które oferują profesjonalną kontrolę nad kadrem i wyróżniają się ponadprzeciętnymi parametrami fotograficznymi.
Podkreślam to nie bez powodu, bo na przykład tegoroczny Xiaomi 15T Pro dał mi się poznać jako naprawdę solidny smartfon do robienia zdjęć, ale jednak bardziej w stylu „point and shoot”.
To sprzęt, który celuje raczej w użytkownika niezainteresowanego ręcznym dobieraniem ekspozycji, a bardziej w tego, który chce po prostu dostać dobry efekt jednym kliknięciem.
Zresztą podobna filozofia dominuje także w iPhone’ach, Pixelach oraz Samsungach.

Wszystkie te telefony mają świetnie dopracowaną automatykę dostosowaną do różnych scen, choć uczciwie trzeba dodać, że jednocześnie pozostawiają furtkę do bardziej zaawansowanych funkcji.
Dlaczego nie jest to przypadkowy ranking
To co jeszcze wypada dodać, to to, że zamierzam mówić wyłącznie o urządzeniach, które faktycznie miałem w rękach, testowałem je i o których czuję, że mam coś więcej do powiedzenia.
To z kolei oznacza, że w tym zestawieniu nie pojawi się kilka tegorocznych fotosmartfonów, z którymi nie miałem okazji pracować.

Mam tu na myśli chociażby Honor Magic 8 Pro, który w momencie nagrywania tego filmu dopiero debiutuje w Europie, czy Sony Xperia 1 mark VII.
Ale i tak mój tegoroczny dorobek uznaję za nadal dużą próbkę i solidny punkt odniesienia by na tej podstawie wyłonić swojego faworyta.

Mam za sobą przygodę z Samsungiem S25 Ultra, iPhonem 17 Pro, Xiaomi 17 Pro, Xiaomi 15 Ultra, Pixelem 10 Pro, Huawei Pura 80 Ultra, Vivo X300 Pro i Oppo Find X9 Pro.
Mam nadzieję, że niczego nie pominąłem. Tak jak wspomniałem, część z tych urządzeń to, powiedziałbym, rozwiązania hybrydowe, z definicji nastawione bardziej na masowego odbiorcę.

To użytkownik, który chce po prostu wyjąć telefon z kieszeni, wycelować i zrobić dobre zdjęcie, a jedynie okazjonalnie zgłębić temat, na przykład zapis do formatu RAW.
Pozostałe urządzenia są natomiast mocno sprofilowane pod gusta osób o większych potrzebach, które cenią sobie wszelkie nawiązania do fotografii jako takiej.

Przyznam, że wybór był naprawdę trudny, dlatego zanim przejdę do mojego tegorocznego faworyta, chciałbym wyróżnić przed nim jeszcze dwa inne fotosmarftony.
Huawei Pura 80 Ultra – demonstracja siły i technologicznej ambicji

Na początek Huawei Pura 80 Ultra. Urządzenie, które godnie kontynuuje spuściznę marki mocno kojarzonej właśnie z wyróżniającą się jakością zdjęć.
To jest bez wątpienia czołówka tego typu urządzeń. Powiedziałbym nawet, że jest to coś, co producent złożył nam w ofierze na cześć fotografii.

I jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało, przyznacie, że bezkompromisowy wygląd oraz zastosowane tu rozwiązania są jedyne w swoim rodzaju.
Producent w tym roku nie wprowadza rewolucji w całym systemie aparatów i w dużej mierze bazuje na rozwiązaniach znanych z poprzednika. Natomiast nie oznacza to, że producent nie podnosi sobie poprzeczki.

Obok 1-calowej matrycy oraz regulowanego otworu przysłony w głównej jednostce pojawia się kolejna duża nowość: mechanicznie przełączany, podwójny teleobiektyw, który kieruje światło do jednego sensora.
Jest to obecnie największa fizycznie matryca, na jakiej oparto tego typu ogniskową, obok czego trudno przejść obojętnie, a rozwiązanie to wyraźnie przekłada się na końcowe efekty.
Gdy techniczna doskonałość nie spotyka się z wrażliwością autora

Ale jak to często bywa w życiu, specyfikacja to jedno, a nasze subiektywne wrażenia i preferencje, to drugie i tu muszę wprost powiedzieć, że to nie jest obrazek dla mnie.
Najlepszym tego dowodem jest to, że producent deklaruje tu rozpiętość tonalną na poziomie aż 16 stopni, co stanowi naprawdę imponującą wartość.

Pod względem specyfikacji jest to praktycznie numer jeden na rynku, bo nie wiem, czy jest drugi taki fotosmartfon, który zbiera tak dużo informacji pomiędzy najciemniejszymi, a najjaśniejszymi partami sceny.
Ale jako fotograficzny zgred zwyczajnie lubię, kiedy część detali gubi się w cieniach, czy delikatnej plamie światła.

Nic nie poradzę na to, że bliżej mi do tej, jakkolwiek to nie brzmi, organicznej fotografii pełnej niedoskonałości.
Są więc tacy jak ja, którzy uwielbiają np. dodać w postprodukcji cyfrowe ziarno, a są tacy, którzy pragną wyciągnąć ze zdjęcia maksymalną ilość szczegółów, lubią agresywny HDR i optymalizatory obrazu.

Kilka zastrzeżeń kieruję również do natywnej aplikacji aparatu, która w moim odczuciu zbyt dużo często używanych funkcji przenosi do osobnej karty z ustawieniami na czym cierpi trochę ergonomia.
Trzeba albo przywyknąć do przyjętej tu filozofii, albo wesprzeć się aplikacją firmy trzeciej.

Tak więc patrzę na to urządzenie z pełnym uznaniem dla jego możliwości, ale te zwyczajnie nie są dla mnie i dość łatwo było to rozstrzygnąć.
Vivo X300 Pro – fotografia bez fajerwerków, za to z charakterem
Natomiast to co nie stanowiło dla mnie łatwego wyboru to drugi smartfon moim zdaniem godny wyróżnienia, który jednocześnie mocno podgryza mojego ostatecznego faworyta.
To jest taka wygrana na przysłowiowej żyletki. Drugim więc fotosmartfonem, który zasługuje na swój czas w tym materiale, to Vivo x300 Pro.

Nie bez powodu jest to urządzenie wskazywane również jako kompletna propozycja w kontekście smartfona jako takiego, a to przecież też ma dla nas znaczenie.
Vivo X300 Pro od pierwszych chwil wypada bardzo przekonująco. Nie atakuje formą tak mocno jak przytoczona Pura 80 Ultra i zamiast efektu „wow” stawia bardziej na wyważenie i klasę.
A to coś, co jeszcze niedawno zupełnie nie kojarzyło się z chińskimi flagowcami — dziś tę dalekowschodnią estetykę konsekwentnie pielęgnuje już właściwie tylko Huawei.
Vivo ponownie zdecydowało się na okrągłą wyspę aparatów i trzeba przyznać, że prezentuje się ona naprawdę bardzo dobrze.

Dodatkowy plus za idealnie płaską taflę szkła w górnej części wyspy, która ułatwia utrzymanie obiektywów w czystości. Prawdziwe emocje budzi jednak logo Zeiss.
To coś więcej niż tylko zwykły branding — to wyraźny sygnał jakości i obietnica, że w kwestii fotografii oczekiwania będą tu zawieszone naprawdę wysoko.

Najlepszym tego dowodem okazała się moja konfrontacja zdjęć pod światło, gdzie to właśnie Vivo za sprawą specjalnych powłok Zeissa lepiej kontrolowało odbicia i co za tym idzie poziom kontrastu.
W jednym z podsumowań pokusiłem się o takie stwierdzenie, że są fotosmartfony, które stawiają na spektakl światła i koloru i są też takie, które skupiają się na autentyczności i subtelnej pracy nad detalem.

Dla mnie Vivo triumfuje właśnie w tej drugiej kategorii.
Nie chodzi o zdjęcia ładniejsze niż zastana rzeczywistość, lecz o takie, które oddają ją wierniej, dodając przy tym charakter miękkiej fotografii, niepoddanej agresywnym algorytmom.

Vivo X300 Pro jest dla mnie wyborem konkretnej filozofii fotograficznej. Jej istotą są naturalna głębia, lokalny kontrast oraz realistyczne przejścia tonalne.
Warto również dodać, że dzięki rozbudowanemu łączeniu klatek aparat oferuje czystsze linie obiektów, mniej artefaktów oraz wyraźniejsze detale przy dużych powiększeniach, zwłaszcza podczas fotografowania w trybie pełnej rozdzielczości.
Vivo stawia także na dodatkowe akcesoria, takie jak osobne obiektywy oraz specjalne systemy mocowań.
No widać wszem i wobec, że jest to marka, która w tym wymiarze pro mocno koncentruje się na entuzjastach mobilnej fotografii.
Vivo x300 Pro wskazałbym jako taki najrozsądniejszy wybór również w kontekście smartfona w jego pełnym znaczeniu.
Xiaomi 15 Ultra – fotografia z serca, nie z algorytmu

Co w takim razie sprawiło, że model ten nie zajął ostatecznie pierwszego miejsca? Moja odpowiedź jest tylko jedna. Xiaomi 15 Ultra.
Jeśli to dostatecznie nie wybrzmiało to powtórzę. Są rzeczy, które obiektywnie są bezsprzeczne i trudno z nimi polemizować, tak są rzeczy, które z kolei będziemy odbierać już bardziej sercem, aniżeli rozumem.

I choć Xiaomi 15 Ultra z pewnością nie jest urządzeniem bez wad, tak dał mi obecnie najlepsze doświadczenie właśnie jako fotosmartfon.
Trudno nie poczuć szybszego bicia serca, gdy widzisz, że producent nie tylko przykleja do obudowy sygnaturę marki Leica.

Co więcej, konstrukcja została wyraźnie upodobniona do kultowego korpusu, wyróżniającego się elegancją i ponadczasowym charakterem.
Tu również mamy konstrukcję optyczną niemieckiego producenta, więc finalnie otrzymujemy urządzenie, w którym zderzono ducha klasyki i nowoczesne osiągnięcia na polu miniaturyzacji.

A do tego jeszcze możemy dokupić takie akcesoria jak osobny uchwyt z fizycznym przyciskiem migawki.
Coś pięknego. A to co stanowi główną ideę tego urządzenia, to podobnie jak w Vivo, pełne zaufanie do osiągów matryc i optyki, których nie trzeba wspomagać za pomocą różnych programowych sztuczek.

Te w tym wypadku dają o sobie znać najczęściej w trybie nocnym. Odwaga Xiaomi polega na czymś zupełnie innym niż u większości konkurencji.
Marka wyraźnie bardziej ufa własnej optyce i matrycy niż agresywnemu oprogramowaniu.
Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że takie podejście pozostanie aktualne tylko tak długo, jak producent będzie je konsekwentnie promował w kolejnych aktualizacjach oprogramowania.
Efekt, który zapamiętałem jest jedyny w swoim rodzaju. To ponownietqn charakterystyczny, miękki obraz, który często bywa określany jako „plastyka zdjęcia”.

I jasne, nie każdy to kupi. Dla części odbiorców będzie to wręcz wada, oznaka braku ostrości czy efektu „wow”.
Właśnie dlatego ci najwięksi gracze na rynku, tam gdzie tylko mogą, serwują widzowi wizualny spektakl, bo mówiąc wprost, na takie wrażenia jest dziś największy popyt.

Paradoks polega jednak na tym, że gdyby Xiaomi zdecydowało się wziąć udział w tej samej konkurencji, bardzo szybko zatraciłoby własną tożsamość.
A w takim scenariuszu całe to opakowanie z logo Leiki stałoby się po prostu pustą wydmuszką.
Dlatego cieszy mnie, że Xiaomi, podobnie jak wspomniane wcześniej Vivo, wciąż broni swojego charakteru i pozwala zdjęciom oddychać.
Tym bardziej, że mówimy tu o głównej matrycy w standardzie jednego cala, co realnie przekłada się na płytszą głębię ostrości i przyjemne, naturalne rozmycie tła, widoczne nawet bez uciekania się do trybów portretowych.

Oczywiście są tu także słabsze strony. Stabilizacja przy większych powiększeniach bywa przeciętna.
Dochodzi do tego problem, z którym zmaga się dziś wiele smartfonów, czyli flara pojawiająca się po przeciwnej stronie osi obiektywu.
Nie są to kwestie, które można całkowicie zignorować, ale też nie przekreślają całościowego doświadczenia.
Mam jednak silne poczucie, że prawdziwa siła Xiaomi tkwi w tym, jak bardzo ta fotografia przypomina to, co znamy z pełnoprawnych aparatów.

Świetnym przykładem są tu gotowe filtry sygnowane przez Leikę, a szczególnie monochromatyczny wariant z podbitym kontrastem, który osobiście polubiłem najbardziej.
Dają one unikalny efekt końcowy i zachęcają do robienia zdjęć, zwłaszcza podczas zwykłych, codziennych spacerów.

W połączeniu z możliwościami głównej jednostki tworzy to bardzo spójną całość. Xiaomi pozwala tu wybrzmieć wszystkim tym „miękkościom”, które wynikają bezpośrednio z optyki, a nie z algorytmów.
To wszystko zbliża nas do organicznej fotografii, którą osobiście cenię najbardziej. Szczerze cieszę się również, że rynek smartfonów jest dziś pod tym względem tak różnorodny.

Coraz bardziej kusząca staje się wizja urządzenia, które z jednej strony jest smartfonem, a z drugiej potrafi godnie zastąpić zaawansowany kompakt na spacer czy wyjazd.
Klasyczny rynek aparatów od lat się kurczy, wypierany przez smartfony i redukowany właściwie do segmentu profesjonalnego.
Takie konstrukcje jak Xiaomi 15 Ultra odbieram więc jako sygnał, że producenci coraz śmielej spoglądają w stronę świata pełnoprawnych aparatów.
Oczywiście tam konkurencja jest znacznie trudniejsza i nie da się jej zdeklasować jednym ruchem.

Mimo to nie przestaje mnie imponować fakt, że w tak mobilnym urządzeniu mieszczą się dziś możliwości, które każdy entuzjasta fotografii bez wątpienia doceni.
To wszystko prowadzi mnie do osobistej konkluzji, że Xiaomi 15 Ultra daje mi absolutnie wszystko to czego oczekiwałbym od smartfona, który pozostaje wierny temu za co ludzie kochają fotografię i związane z nią sprzęty.
Teraz pora na Was i na wasze wnioski. Jestem ciekaw waszych typów na ten rok, a być może macie jakiegoś wiernego towarzysza waszych wypraw, którym chętnie się tu podzielicie.
Czekam na wasze komentarze, tymczasem dziękuję za Wasz czas i uwagę. Do zobaczenia!