iPhone 17 Pro dla twórców wideo: Miał być kolejny przełom… | Recenzja
Ten tekst powstał na podstawie materiału wideo, który znajdziesz na naszym kanale YouTube. Zobacz film tutaj.
Od minimalizmu do pełnego zestawu operatorskiego

Pomyślałem, że skoro iPhone 17 Pro zostaje ze mną na dłużej, to jego pełną recenzję przygotuję dla Was wiosną przyszłego roku.
Pierwszymi wrażeniami zdążyłem się już z Wami podzielić i zwyczajnie nie chcę robić dwóch przekrojowych materiałów o tym telefonie.

Wolę od razu przejść do długodystansowego testu. Film, który dzisiaj oglądacie, będzie więc w całości poświęcony filmowaniu, bo iPhone 17 Pro oferuje pakiet nowych funkcji właśnie w tym obszarze.
iPhone stał się właściwie moją taką pełnoprawną kamerą numer dwa odkąd rozszerzone możliwości video pojawiły się w modelu 15 Pro.
Wówczas po raz pierwszy wprowadzono płaski profil kolorystyczny do profesjonalnego color gradingu. Już wcześniej mieliśmy kodek Apple ProRes i pełne wsparcie dla programów takich jak Final Cut Pro.
Korzystając z iPhone’a 16 Pro, na dobre zaprzyjaźniłem się z aplikacją Blackmagic Camera.
Zapewnia ona dostęp do pakietu narzędzi oraz ustawień manualnych, w przeciwieństwie do natywnej aplikacji Apple czy sugerowanej przez producenta Final Cut Camera, która wciąż zawiera wiele ograniczeń.
Tegoroczny model ponownie stawia na profesjonalne funkcje. To z kolei skłoniło mnie, by tym razem wyposażyć się w kompletny zestaw operatorski.

Do tej pory stawiałem na pełen minimalizm, który obejmował zaledwie dwie dodatkowe rzeczy: zapinany filtr ND oraz gimbal od DJI z funkcją śledzenia.
W ten sposób nakręciłem między innymi kilka filmów na ten kanał i efekt był naprawdę zadowalający.


Szczególnie doceniam to teraz, gdy wezmę pod uwagę, że całość mieściła się w małej torbie na ramię, a samo filmowanie sprawiało mi dodatkową przyjemność.
Taki zestaw zachęca też do częstszego eksperymentowania, bo każda zmiana nie jest tutaj nazbyt absorbująca i łatwo przejść do właściwego działania.

Ale trzeba jednak oddać, że taki zestaw ma swoje ograniczenia. Wspominany filtr ND wprawdzie oferuje zmienną gęstość, ale ujemnie wpływa na jakość obrazu, generując dość dużą winietę.
Nie posiada też ogranicznika skali, co oznacza, że podczas regulacji przyciemnienia możemy ustawić polaryzatory w takim położeniu, że tworzą charakterystyczny efekt krzyża.

W rezultacie tak nagrany materiał jest zwykle niemisyjny.
Poza tym klatka operatorska oferuje również specjalne nakładki, które w połączeniu z filtrami stanowią izolację od światła, więc wszystko to co wpada przez obiektywy przechodzi w całości przez warstwę filtra.
Tu jednak nie mamy takiej pełnej szczelności i stanowi to ryzyko popełnienia jakiegoś niepotrzebnego błędu. Druga sprawa to gimbal, jest to świetne rozwiązanie, ale ma też swoje naturalne ograniczenia.
Kiedy zechcemy użyć porządnego filtra ND, dodatkowego zasilania czy zewnętrznego dysku, sprawa zaczyna się komplikować.

W takiej sytuacji warto zwrócić uwagę na bardziej zaawansowany stabilizator, który oferuje inne mocowanie oraz większy udźwig całego zestawu.
Poza tym nie zawsze chcemy kręcić wszystko gimbalem, a ja równie mocno cenię sobie surowość ujęć prosto z ręki.
Klatka operatorska i modularny zestaw filmowy

Uznałem więc, że pora wskoczyć o poziom wyżej i wyposażyć się w pełnoprawną klatkę operatorską.
W tym wypadku jest to marka Smallrig, prawdopodobnie ich najlepszy dotąd produkt, który pozwala na korzystanie z dowolnego smartfona.

Dzięki temu zestaw jest uniwersalny, choć przekłada się to też na jego rozmiar. W moim odczuciu należy jednak traktować to jako zaletę, ponieważ trzymając klatkę w dłoniach czujemy, że chwyt jest pewny.
To zdecydowanie ułatwia typowe filmowanie z ręki, szczególnie gdy nie chcemy korzystać z trybu akcji w iPhonie. Mamy tu mocowanie zarówno zaciskowe, jak i to wykorzystujące MagSafe.

Podobnie jak inne typowe klatki operatorskie, również i ta oferuje dodatkowe punkty montażowe dla akcesoriów, a oprócz tego producent wyposaża nas we własne rozwiązania.
I tak oto mamy tutaj magnetyczny system mocowania oryginalnych filtrów od SmallRig.

Warto dodać, że poza dołączonym do zestawu filtrem ND, możemy dokupić wiele innych, w tym mój ulubiony filtr dyfuzyjny, który tworzy charakterystyczną mgiełkę.
Nie stanowi przeszkody korzystanie z obu filtrów jednocześnie – nawet przy szerokim kącie obraz nie będzie winietować.
Do tego mamy również w zestawie rozdzielacz usb, dzięki któremu możemy łatwo skomunikować telefon jednocześnie z zewnętrznym dyskiem, zasilaniem i np. dodatkowym mikrofonem.
W zestawie znajduje się także pilot zdalnego sterowania, choć częściej przydaje się po prostu jako fizyczny przycisk, który mamy zawsze blisko palca i jest to wygodniejsze, gdy chcemy rozpocząć nagrywanie.

Kolejnym udogodnieniem jest system szybkiego mocowania uchwytów bocznych.
Ułatwia on kręcenie materiałów w pozycji wertykalnej, na przykład gdy planujemy ujęcie bliżej ziemi i montujemy jeden z uchwytów na górze klatki.

Przy okazji ciekawostka: w jednym z uchwytów producent umieścił mocowanie na dysk SSD. Dołączono do tego schludnie wyglądający przewód, który możemy wygodnie poprowadzić do naszego rozdzielacza.
W tym wypadku terabajtowy dysk Lexara należało oczywiście nabyć osobno.
Tak zamocowany telefon możemy też z powodzeniem wykorzystywać bez dodatkowego etui i bez konieczności trzymania urządzenia bezpośrednio w rękach, co ułatwia odprowadzanie ciepła.
No krótko mówiąc jest to świetny zestaw, który pozwala nam w pełni wykorzystać wszystkie możliwości jakie oferuje w tym wypadku iPhone 17 Pro.
iPhone 17 Pro w praktyce: chłodzenie, baterie i ograniczenia

Moja dotychczasowa praktyka pokazała, że taki zestaw mieści się jeszcze w granicach rozsądku i nadal stanowi mniej zobowiązującą alternatywę wobec całego plecaka sprzętu, który zwykle ze sobą zabieram.
Dla takich osób jak ja iPhone, czy inny smartfon oferujący profesjonalne narzędzia do filmowania, to naprawdę świetna transakcja biorąc pod uwagę koszt pełnego wyposażenia dla pojedynczej kamery.

A przecież jest to poza wszystkim smartfon, więc cóż. Nie będę oryginalny jak stwierdzę, że dożyliśmy naprawdę super czasów mogąc tworzyć już zaawansowane projekty za pomocą, było nie było, telefonu.
A podkreślam to, bo pod tym względem cenię sobie całe to środowisko iPhone’a przygotowane właśnie pod filmowanie i mam o nim bardzo dobre zdanie. Natomiast chcę zachować rzetelność recenzencką.
To z kolei oznacza, że nie będę tworzyć tu wielkich peanów na cześć tego konkretnego modelu.
Wprowadza on co prawda po roku przerwy kolejne profesjonalne rozwiązania w kontekście filmowania, ale moja praktyka pokazała, że nie są to zmiany, z których większość z nas skorzysta.
Rzeczywistych benefitów jest tu zaledwie kilka. Zacznijmy od rzeczy fundamentalnej, czyli nowego systemu chłodzenia. Ma on niebagatelne znaczenie dla filmowania.
Kiedy zapragniemy skorzystać z bardziej wymagającego kodeku i jednocześnie zapisu do 60 klatek na sekundę, łatwo jesteśmy w stanie rozgrzać tę małą aluminiową sztabkę.
Mamy tu aluminiowy korpus i komorę parową, więc taki układ powinien w teorii lepiej wyprowadzać ciepło na zewnątrz.
Wszystko zależy jednak od konkretnych ustawień, jakie zastosujemy. W moim przypadku było to najczęściej nagrywanie przy 24 klatkach na sekundę w duecie z kodekiem Apple ProRes high quality.

Całość, rzecz jasna, rejestrowana była w 4K. Korzystając w ten sposób z telefonu, nie odnotowałem żadnych niepokojących temperatur ani, co gorsza, alertów o przegrzaniu.
Zresztą byłbym tym zaskoczony, bo podobnych sytuacji nie miałem również u poprzednika.
Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest lepiej niż rok temu. Przekłada się to również na stabilny i przewidywalny ubytek baterii, który przy tych parametrach spokojnie pozwala na kilka godzin nagrywania.
Przez cały czas miałem włączony ekran i aktywną aplikację Blackmagic, a ostatecznie przywoziłem np. pół godziny surowego materiału.
Jako, że mogę wygodnie korzystać z powerbanka, to spokojnie mam tu zapas energii na praktycznie cały dzień filmowania.
Natomiast sprawy wyglądają inaczej, gdy postanowimy zaszaleć i włączamy wszystko co fabryka dała, czyli tryb open Gate, zapis do ProRes RAW i 60 klatek na sekundę.

Cieszę się, że telefon jest zapięty w klatce operatorskiej i nie muszę trzymać go w dłoniach. Wyraźnie czuć, że zaczynamy balansować na granicy jego możliwości.
Dodam, że ostatnio kręciłem w towarzystwie temperatur bliskich zeru, więc nie chcę myśleć, co się stanie, gdy pojedziemy na wakacje i zamarzy nam się bardziej ambitna produkcja.
Wprawdzie nigdy nie doprowadziłem do alertu o przegrzaniu, ale odniosłem wrażenie, że system szybko sięgał po pakiet ratunkowy w postaci obniżonej jasności ekranu i ograniczania wydajności.
Często kończyło się to tym, że podgląd filmu zaczął klatkować, a sama aplikacja potrafiła się nawet zawiesić. Wprawdzie mówimy tu o aplikacji firmy trzeciej, ale nie powinna to być żadna wymówka.

Innymi słowy, jeśli będziesz kręcić stosunkowo krótkie klipy, ale często i przy umiarkowanych ustawieniach, nie będziesz mieć wątpliwości, że układ chłodzenia jest przystosowany głównie do takiej pracy.
Jeśli włączysz ProRes RAW i 60 klatek na sekundę, np. przy rejestrowaniu wydarzenia sportowego, i dodatkowo zdecydujesz się nagrać kilkunastominutowy long, musisz liczyć się z tym, że nie będzie łatwo.
Nowe aparaty, frontowa kamera i praktyczne usprawnienia

Z fizycznych zmian mamy tu jeszcze nowy teleobiektyw z czterokrotnym optycznym powiększeniem.
Uzupełnia on od teraz kompletny zestaw aparatów fusion – każdy oparty o 48-megapikselową matrycę, co daje większe możliwości edycyjne.
Muszę przyznać, że ekwiwalent ogniskowej wynoszący 100 mm daje już fajną, filmową perspektywę i względem głównej jednostki nie czuć, że musimy iść na duże kompromisy.
Właściwie jedyną rzeczą, którą dość szybko odczujemy, jest węższy otwór przysłony. Przełączając się na ten aparat, musiałem za każdym razem korygować ustawienia i zmniejszać przyciemnienie filtra.

Podobnie jest w przypadku jednostki ultraszerokokątnej. Co do zasady otrzymujemy tu jednak fajny, spójnie wyglądający zestaw, którym możemy naprawdę sporo zdziałać.
Wprawdzie jest to cecha wszystkich tegorocznych iPhonów, ale dla formalności dodam, że na pokładzie mamy też zupełnie nową frontową kamerę.

W kontekście v-logowania daje ona niespotykaną dotąd wygodę, ponieważ wykorzystuje kwadratowy obszar matrycy, który nie wymaga trzymania telefonu w pozycji horyzontalnej.


Wystarczy wybrać tylko orientację obrazu w aplikacji i wygodnie nagrywać swoją sylwetkę mając przy tym do dyspozycji szerokie pole widzenia.

Jest to super udogodnienie i jedyne na ten moment konkurencyjne jakie przychodzi mi do głowy, to rzecz jasna dodatkowy ekran w Xiaomi 17 Pro, który oferuje nam podgląd z głównego systemu kamer.
Profesjonalne funkcje: multi-cam, kolor, Apple Log 2 i open gate
Przejdźmy teraz do samych funkcji, z którymi mam chyba największy dylemat.
Zacznijmy od tej, którą możemy się raczej pochwalić znajomym, ale najpewniej bardzo wąskie grono osób z tego kiedykolwiek w pełni skorzysta.
Mam tu na myśli Multi-cam, timecode i genlock – funkcje odpowiedzialne, w dużym skrócie, za nagrywanie wieloma kamerami jednocześnie oraz synchronizację wielu ścieżek i klatek między urządzeniami.
Z kolei zdecydowanie użyteczne jest wsparcie dla standardów kolorystycznych profesjonalnej postprodukcji oraz nowa wersja profilu kolorów Apple Log 2.

Przekłada się to na realne korzyści, takie jak większy zakres dynamiczny czy lepsza gradacja kolorów.
Wszystko to zasilane jest przez nowy procesor obrazu, który wspiera bezpieczniejsze wyciąganie detali np. z cieni. W praktyce różnice nie są spektakularne, a krzywa gamma pracuje bez większych zmian.
Można jednak odczuć wpływ większej ilości danych o zachowanym kolorze, co przekłada się na gładsze przejścia tonalne oraz czystsze kolory.
W tym obszarze zyskujemy większe pole manewru, ale nie mamy do czynienia z zauważalnie większym zakresem tonalnym. Operujemy tu na subtelnościach zbyt drobnych, by dostrzec wyraźne różnice.

Kolejna sprawa to tryb open gate, który nie ukrywam, był dla mnie rzeczą, na którą mocno liczyłem, a która ostatecznie trochę mnie zawiodła. Już tłumaczę dlaczego.
Dla osób niewtajemniczonych dopowiem, że tryb open gate wykorzystuje pełną powierzchnię sensora.
Oznacza to, że nagrywamy wideo dokładnie w takim samym formacie, w jakim rejestrujemy zdjęcia, czyli 4:3, a nie w konwencjonalnym formacie 16:9.
To z kolei otwiera przed nami zupełnie nowe możliwości. Łatwiej jest wtedy przystosować materiał np. do edycji w pionie, a także znacznie ułatwia kadrowanie, kiedy mamy do dyspozycji szersze pole widzenia.

Ponadto jest to prosta droga do osiągnięcia wyższej rozdzielczości, pod warunkiem że odpowiada wam wyjściowy format.
To również podstawa by w pełni wykorzystać np. obiektyw anamorficzny dla osiągnięcia tej typowo kinowej estetyki.

I to wszystko tu jest, ale niestety tylko pod jednym warunkiem. Jeśli równolegle aktywujemy najbardziej zaawansowany kodek, czyli ProRes RAW.
Te dwie rzeczy idą tutaj w parze, bowiem tryb Open Gate to największa dostępna rozdzielczość, brak cropu i zapis z całej matrycy.

W efekcie generuje to pokaźny strumień danych, który w czasie rzeczywistym jest w stanie obsłużyć jedynie ProRes RAW.
W tym trybie iPhone pomija część procesów przetwarzania obrazu, dzięki czemu łatwiej utrzymać pełne odczytywanie matrycy. Na ten moment żaden inny kodek nie jest w stanie tego udźwignąć.
Istnieje jednak pewien wyjątek – w aplikacji Blackmagic możemy użyć innego kodeka, ale wówczas rejestrujemy obraz maksymalnie w rozdzielczości Full HD.
Jeśli chcemy pełnoprawnego open gate w najwyższej rozdzielczości sensora, musimy włączyć ProRes RAW — inne kodeki działają tu, ale w niższych rozdzielczościach.
ProRes RAW: obietnice kontra rzeczywistość

Określenie rozczarowuje jest tu jak najbardziej adekwatne, bowiem wielu z nas obiecywało sobie po tym kodeku zbyt wiele. Taki plik w teorii daje nam zdecydowanie największą elastyczność w postprodukcji.
Zapewnia także dostęp do najmniej skompresowanego pliku, co teoretycznie umożliwia najbardziej elastyczną dalszą obróbkę. Nie zawsze jednak przekłada się to na wyraźnie lepszą jakość obrazu.
Tymczasem pierwsza rzecz, która stawia przed nami poważne wyzwanie to waga wyjściowego pliku.
Dla łatwego zobrazowania powiem wam, że minuta nagrana w 4K i 60 klatkach na sekundę waży około 15 gigabajtów.

Dla porównania, kodek, z którego najczęściej korzystam, czyli ProRes HQ, zajmuje w tym samym czasie około 6,5 gigabajta.
To gigantyczna różnica, a mój terabajtowy dysk pozwala na nagranie zaledwie trzydziestu minut takiego surowego materiału.

Przy niższych klatkarzach sytuacja już się poprawia, ale nadal operujemy na bardzo dużych plikach.
Nie muszę chyba dodawać, że to jedna z tych sytuacji, kiedy naprawdę czujesz, że twój MacBook Pro jest w pełni wykorzystywany, a mój M3 Max wreszcie wie, że żyje.

Ale to nie tu tkwi prawdziwe rozczarowanie. Rzecz w tym, że iPhone miał oferować zapis możliwie najbliższy danym z matrycy, zanim system w pełni przeprowadzi swoją obróbkę obrazu.
W praktyce ProRes RAW nadal przechodzi jednak przez wstępne przetwarzanie.

W dodatku nie widać spektakularnej różnicy pod względem jakości; wręcz zaryzykuję stwierdzenie, że w wielu sytuacjach bywa ona marginalna.
Co więcej, według obiegowej opinii dane z czujnika i tak są poddawane agresywnemu przetwarzaniu, co kłóci się z ideą takiego sposobu zapisywania.

Oczywiście możemy sterować reprodukcją kolorów i światłoczułością oraz korygować błędy ekspozycji. Trzeba jednak dodać, że nadal nie jest to plik, który będzie tolerować duże wychylenia.
Jeśli obraz był źle zarejestrowany i zwyczajnie prześwietlony, operacje w tym zakresie będą ograniczone i nie przełożą się na dużą efektywność.

Różnice względem na przykład kodeku Apple ProRes hq będą tu niewielkie, zwłaszcza, gdy mówimy o ujęciach kręconych za dnia.
Jeśli scena jest dobrze oświetlona i nie wymaga ekstremalnej gradacji, zapis do ProRes RAW staje się bardziej zabiegiem dla samej sztuki.

Zwłaszcza jeśli ostatecznie materiał trafia na YouTube, który i tak kompresuje plik.
Do tego platforma faworyzuje kodeki o odpowiednim bitrate, a to zaś oznacza użycie tych mniej zaawansowanych kodeków i kółko się zamyka.

Tak naprawdę ProRes RAW może stanowić zapas do dalszej postprodukcji, szczególnie gdy kręcimy wymagające sceny, charakteryzujące się dużym kontrastem, mocnym światłem lub skomplikowanymi kolorami.
ProRes RAW wtóruje tu bardziej trybowi open gate. Tylko jeśli faktycznie potrzebujesz go użyć, będziesz korzystać z ProRes RAW, który tym razem wymaga wsparcia zewnętrznego dysku.

Pozostałe kodeki można natomiast zapisać bezpośrednio na iPhonie za pomocą aplikacji Blackmagic Camera.
Trochę dziwi mnie więc obecność wersji 2 TB iPhone’a, bo przy ProRes RAW i tak musimy korzystać z dysku zewnętrznego — choć oczywiście przy ProRes HQ czy ProRAW foto ta pamięć nadal się przydaje.

Szkoda, bo Open Gate jest naprawdę świetną opcją, ale w tym wypadku ma ona wysoką cenę.
Szczególnie, że tak jak wspomniałem, telefon zapisując do ProRes RAW pracuje już pod naprawdę dużym obciążeniem.

Warto również dodać, że korzystając z tego kodeku nie mamy dostępu do wszystkich ogniskowych, a jedynie do tych trzech podstawowych.
Nie mamy także dostępu do stabilizacji – ani optycznej, ani cyfrowej, ponieważ Open Gate w RAW wymaga odczytu pełnego obszaru matrycy bez dodatkowego kadrowania.
Filmowanie z ręki będzie więc prawdziwym wyzwaniem, zwłaszcza na 100 mm. Dlatego bezpieczniejszym wyborem będzie użycie gimbala.
Podsumowanie: miejsce iPhone’a 17 Pro w ewolucji filmowania mobilnego
iPhone to naprawdę genialne narzędzie do filmowania. Wystarczy spojrzeć na nasze rodzime produkcje czy prace twórców zza oceanu.
Owszem, często są to krótkie formy, ale pokazujące, jak wysoki poziom da się tu osiągnąć.

Montaż ma oczywiście ogromne znaczenie, ale same ujęcia, stabilizacja, kolory i możliwości gradingu stoją już na poziomie, którego jeszcze kilka lat temu nie kojarzyliśmy ze smartfonem.
I jako ktoś, kto jest fanem filmowania telefonem, mogę powiedzieć jedno: to narzędzie daje prawdziwą swobodę, zwłaszcza, gdy przypomnisz sobie jak niewiele rzeczy potrzebujesz ze sobą zabrać.

Ale trzeba też zachować chłodną głowę. Spośród trzech ostatnich generacji, iPhone 17 Pro nie jest wielkim krokiem naprzód.
Tak, pojawiło się tu kilka przydatnych funkcji i realnych ulepszeń, ale bardzo podobne rezultaty uzyskacie na iPhonie 15 Pro czy 16 Pro.
Ten pomarańczowy koleżka potrafi zachwycić, ale bardziej wynika to z dziedzictwa tego co osiągnęli na tym polu poprzednicy.
Podejrzewam więc, że po więcej sięgniemy za następne kilka generacji. Jeśli historia iPhone’a czegoś nas uczy, to tego, że te małe kroki kumulują się w pewnym momencie w duży przeskok.
I może właśnie dlatego tak bardzo lubię filmować telefonem, bo z każdą premierą mam wrażenie, że uczestniczę w długiej, powolnej, ale fascynującej ewolucji mobilnego filmu.
A iPhone 17 Pro, mimo wszystkich swoich kompromisów, jest na tej drodze kolejnym ciekawym przystankiem.