Najlepszy aparat w 2025? Vivo X300 Pro vs. Huawei Pura 80 Ultra
Ten tekst powstał na podstawie materiału wideo, który znajdziesz na naszym kanale YouTube. Zobacz film tutaj.
Nowe otwarcie: chińskie flagowce w centrum uwagi

Moim towarzyszem podczas dzisiejszego spaceru jest Vivo X300 Pro. Następca niezwykle entuzjastycznie przyjętego modelu X200 Pro.
Dla mnie to z kolei pierwszy kontakt zarówno z tą linią modelową, jak i z samą marką Vivo. Przez długi czas skupiałem się głównie na urządzeniach największych i najbardziej rozpoznawalnych producentów.
Testy smartfonów z Chin odkładałem na później, co często kończyło się tym, że wiele materiałów ostatecznie nie powstało.
Jednak w ciągu ostatniego roku moje podejście zaczęło się zmieniać, a w dodatku trzeba przyznać, że tegoroczna jesień zdecydowanie należy do chińskich flagowców.
I nie jest to zasługa samego marketingu, lecz efekt tego, że ich możliwości, na czele z tymi fotograficznymi, wskoczyły już na zupełnie inny poziom.
Wystarczy spojrzeć na to, ile uwagi chińscy producenci poświęcają fotografii podczas swoich premier, by zrozumieć, jak poważnie podchodzą do tego aspektu.
A że wśród moich testowych egzemplarzy wciąż znajduje się Huawei Pura 80 Ultra, uznałem to za znak, że warto zestawić go właśnie z Vivo X300 Pro.
Tym bardziej, że w komentarzach prosiliście między innymi o takie właśnie porównanie.
Pierwsze wrażenia: projekt, ergonomia i sygnatura Zeiss

Vivo x300 Pro robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Wprawdzie nie wywołuje tak silnej reakcji jak pierwszy kontakt z Pura 80 Ultra, ale nadrabia tym, że jest zdecydowanie bardziej powściągliwy w odbiorze.
Jeszcze niedawno nie było to domeną chińskich flagowców, a dziś chyba już tylko Huawei stoi na straży tej dalekowschodniej estetyki.

Patrząc na konstrukcję, można wręcz odnieść wrażenie, że większość chińskich marek korzysta z tych samych aluminiowych ramek, tak podobnych w formie i wykończeniu.
Vivo, podobnie jak Xiaomi w swoim ultraflagowcu, postawiło na okrągłą wyspę aparatów – i trzeba przyznać, że wygląda to naprawdę dobrze.

Co więcej, idealnie płaska tafla szkła na górze ułatwia utrzymanie obiektywów w czystości.
Ale to, co naprawdę przyspiesza bicie serca, to sygnatura marki Zeiss – swoisty stempel jakości, który od razu podnosi oczekiwania wobec możliwości fotograficznych.
I właśnie dlatego pora przyjrzeć się bliżej, jak te dwa zaawansowane zestawy do zdjęć i wideo radzą sobie w praktyce.
Filozofia aplikacji aparatu: jak używa się tych urządzeń?

Zacznijmy od natywnych aplikacji aparatu. Te na pierwszy rzut oka można uznać za konwencjonalne.
Kilka wyciągniętych trybów na wierzch, choć tu warto zaznaczyć, że jest to w obu przypadkach w pełni konfigurowalne.

Filtry kolorystyczne i podręczne ustawienia sprawiają wrażenie, że mamy tu wszystko, czego potrzeba. Gdybym jednak miał wskazać przewagę jednej z tych aplikacji, postawiłbym na tę od Vivo.
Zdecydowanie ułatwia korzystanie z szybkich ustawień, takich jak aktywacja linii siatki, poziomica, proporcje zdjęcia czy samowyzwalacz.

Te zaś Huawei przenosi do osobnej karty z ustawieniami, co uznaję za mało ergonomiczne rozwiązanie, szczególnie w przypadku samowyzwalacza.
Kiedy zaś chcemy fotografować w wyższej rozdzielczości wystarczy, że w Vivo ponownie skorzystamy z paska podręcznych narzędzi, zaś w Huawei jest to osobny tryb.
Kiedy więc schodzimy do poziomu niuansów widać, że tu producenci przyjmują często dwie odrębne filozofie.
Część rzeczy można dość łatwo ustawić pod własne preferencje, ale niektóre ustawienia pozostaną w niezmienionej formie i będziemy musieli się do tego przyzwyczaić.

To, co większość z nas robi przy pierwszym kontakcie z aplikacją aparatu, to zmiana ogniskowej.
Sprawdzamy w ten sposób, na ile dany system aparatów jest spójny kolorystycznie i jak wygląda przejście pomiędzy jednostkami.

W przypadku Vivo pierwsze wrażenie jest naprawdę dobre i widać, że jednostki starają się utrzymać podobne ustawienia i jedyne różnice, co naturalne, będą wynikać z samego poziomu jakości obrazowania.
W przypadku Huawei sytuacja jest odczuwalnie gorsza. Głównie za sprawą fizycznego rozmieszczenia wszystkich aparatów., które zamknięto w nietypowym układzie z dużymi odstępami.

Każda jednostka widzi scenę z nieco innego kąta. Podczas zmiany ogniskowej oprogramowanie musi dodatkowo korygować różnicę perspektywy.
W tym wypadku ujawniają się więc większe skoki w kompozycji kadru, zmiany kolorów, wartości ekspozycji, a także samej jakości.

To wszystko razem wpływa na nienajlepsze wrażenie, kiedy obserwujemy podgląd. Sytuacja wygląda jednak dużo lepiej, gdy po prostu nagramy materiał video, w trakcie, którego będziemy zmieniać aparaty.
Różnice nie są aż tak drastyczne, choć nadal widać, że Vivo przechodzi bardziej przez środek kadru.

Daje to bardziej naturalny efekt. Huawei natomiast robi, co może, ale nie jest w stanie trzymać się idealnie środka.
Cieszy natomiast ogólna sprawność autofocusa w obu przypadkach i to miłe dla oka rozmycie, szczególnie na wyższych ogniskowych.

To czego nie jestem fanem, to zmiana pola ostrości, która w obu przypadkach następuje zbyt gwałtownie.
Oczywiście zawsze zostaje nam do dyspozycji ostrzenie manualne, ale z doświadczenia wiem, że już na poziomie automatyki można robić to z większą gracją, co ostatecznie wpływa też na odbiór końcowy filmu.
Gra o piksele: jakość zdjęć w wysokiej i niskiej rozdzielczości
Przejdźmy do pierwszego porównania zdjęć. Postanowiłem sprawdzić, zarówno główne jednostki, jak i teleobiektywy pod kątem wysokiej rozdzielczości.
Sytuacja jest tutaj niejednoznaczna, bowiem główne aparaty w obu przypadkach mają matryce 50 MPix, ale teleobiektyw w Vivo oferuje 200 MPix, podczas gdy w Huawei ponownie ma 50 MPix.
Oczywiście w obu przypadkach fotografując w tak dużej rozdzielczości tworzymy sobie spory zapas na przyszłą zmianę kadru w dalszej edycji bez znaczącej utraty jakości, ale właśnie.
Tu widać jednak pewne drobne różnice. W przypadku Huawei widać, że dysponujemy matrycą o większym fizycznie rozmiarze.
Przekłada się to na większą powierzchnię do zbierania światła i tym samym większą ilość informacji, które w tym samym czasie przechwytuje Vivo.
Oczywiście nie będą to gigantyczne różnice przy pierwszym powiększeniu. Jednak przy kolejnych widać przewagę Huawei.
Vivo znacznie szybciej przechodzi w charakterystyczne akwarele produkowane przez algorytm.
Vivo zaś odzyskuje nieco rezon, kiedy chcielibyście przekadrować duże zdjęcie pochodzące z 200 megapikselowego teleobiektywu.

Oba smartfony idą łeb w łeb, ale na koniec ten delikatny zapas zyskuje tym razem Vivo. Oczywiście w obu przypadkach skorzystałem z dodatkowych optymalizatorów obrazu.
Ten w Vivo posiada nawet osobne wsparcie przeznaczone właśnie dla teleobiektywu. Trzeba przyznać, że w takich sytuacjach bywa pomocny.

Oba smartfony mają na wyposażeniu tryb migawki, który priorytetowo ustawia krótszy czas naświetlania.
Można jednak przypuszczać, że nie będzie skory do nadmiernego podbijania światłoczułości, aby wyjściowy obrazek nie tracił na jakości.
Za dnia więc w obu przypadkach będziemy otrzymywać dobrze zamrożone obiekty w ruchu, choć tu warto wziąć poprawkę na moje dość jednak kontrolowane warunki.

W końcu, robiąc te zdjęcia, stałem w miejscu. Podejrzewam jednak, że uganianie się za rozentuzjazmowanym dzieckiem czy naszym pupilem nadal będzie trudnym zadaniem.

Myślę, że lepiej będzie mimo wszystko postawić na manualne nastawy, zwłaszcza gdy nie będziemy dysponować tak dużą ilością światła jak tutaj.
Nie mniej, w trybie migawki nie odnotowałem żadnych problemów związanych ze spadkiem jakości, czy gubiącym się autofocusem.

Przejdźmy teraz do fotografii. Wszystkie zdjęcia będziemy zapisywać w rozdzielczości 12 megapikseli.
Oznacza to, że każda jednostka będzie wykorzystywać pełny potencjał swoich pikseli, w zależności od ostatecznego rozmiaru po złączeniu.

To co będzie zaś cechą charakterystyczną dla Vivo w większości przypadków, to odczuwalnie węższy zakres dynamiczny, choć w obu smartfonach był aktywny optymalizator HDR.
Mam wrażenie, że ten w Vivo daje więcej pożytku, gdy jest wyłączony, bo wówczas cała sceneria wygląda na odrobinę lepiej doświetloną.

W przeciwnym razie ma się wrażenie jakby Vivo fotografowało o conajmniej pół jednostki mniej dla wartości ekspozycji.
Pozostałe ustawienia były neutralne, a mimo to Vivo z jakiegoś powodu robił ciemniejsze zdjęcia w trybie automatycznym. Z pewnością nie pomagała także pochmurna pogoda tego dnia.

W przypadku aparatów ultraszerokokątnych już widać, to o czym wam wspomniałem. Huawei folguje sobie na całego, a Vivo wygląda na zgaszonego – dosłownie i w przenośni.
Gdybym jednak miał odnieść się do moich osobistych preferencji, wolałbym zdjęcie robione przez Vivo, które mimo wszystko daje bardziej naturalny charakter.


W przypadku Huawei dysponujemy nieco większym polem widzenia. Jednak gdy zaczniemy powiększać, zobaczymy, że różnice w jakości są niewielkie i zależą raczej od subiektywnych wrażeń każdego z nas.
W trybie nocnym Vivo zdecydowanie lepiej zreprodukowało czerwone światło. Efekt podbija także błękit nocnego nieba, który jest dostępny opcjonalnie w ramach trybu nocnego.

Ogólne wrażenie przemawia w tym wypadku za Vivo. Kiedy zestawimy ze sobą dwie główne jednostki, to ponownie zobaczymy, że Huawei ma ewidentnie wyżej ustawiony punkt bieli i kontrastowość.
Vivo konsekwentnie próbuje być bardziej naturalny w reprodukowaniu obrazka, a Huawei wdzięczy się w stronę masowego odbiorcy, który lubi jak jest jasno i wyraźnie.


Natomiast jestem pod wrażeniem tego, że tym razem Vivo idzie tu jak równy z równym.
Łączenie pikseli w grupy wychodzi mu na dobre i nie stanowi tu zagrożenia dla matrycy w standardzie jednego cala od Huawei. Jej przewaga ujawni się bardziej w nieco lepszym rozmyciu tła.

Mechanicznie kontrolowany otwór przysłony w głównej jednostce może w niektórych scenariuszach również okazać się dodatkowym wsparciem.
Jednak co do zasady, sterylna jakość w kontekście detali jest w obu przypadkach bardzo porównywalna.
Teleobiektywy i makro: tam, gdzie zaczyna się prawdziwe starcie

To co wzbudzało moją największą ciekawość, to praca obecnych tu teleobiektywów. Przypomnijmy, że Vivo stawia na pojedynczy teleobiektyw wsparty 200-megapikselową matrycą przy dalszych powiększeniach.
Z kolei Huawei operuje dwiema osobnymi jednostkami, ale w oparciu o ten sam sensor.
Tak więc, po zbliżeniu się do 10-krotnego powiększenia, przełączamy się na drugi teleobiektyw i w ten sposób wchodzimy w drugi próg powiększania optycznego.
W przypadku Vivo kontynuujemy natomiast cyfrowy zoom, który zaczyna się od 3,5-krotnego powiększenia optycznego.

Najłatwiej więc porównać optyczny początek, który różni się odrobinę ekwiwalentem ogniskowej, ale co do zasady jest to już typowa portretówka.
I cóż, wyniki uznaję za bardzo do siebie zbliżone z minimalnym wskazaniem na Vivo ze względu na lepsze oddanie napisów przy bardzo dużym powiększeniu.

Widać więc, że tu ponownie trudno o jednoznaczne wskazanie faworyta i uznanie, że jeden z tych smartfonów wyraźnie góruje nad drugim.
Również po zmroku widać, że oba systemy idą łeb w łeb. Tu przy okazji pokażę wam jak wygląda różnica, kiedy tę samą scenerię sfotografujemy w podstawowym trybie i później w trybie nocnym.

Vivo świetnie radzi sobie z odtwarzaniem prześwietlonych partii i reprodukcją nieba. Algorytm nie jest również obojętny wobec detali i stawia tu na wyraźne podbicie krawędzi tekstur.
Byłem niemal pewien, że gdy zaczniemy powiększać dalej i Huawei sięgnie po swój drugi teleobiektyw w arsenale, to tu zyska wyraźną przewagę.

Tymczasem Vivo nie dość, że dotrzymuje mu kroku, to w dodatku to Huawei gra trochę nieczysto i dość mocno sięga już po wsparcie algorytmu.
Mimo to nie jest w stanie odwrócić naszej uwagi od tego, że to Vivo utrzymuje tu nieco więcej detali.

Dopiero dalsze powiększenia sprawiają, że te różnice będą się zacierać, choć to nadal Vivo nieco lepiej interpretuje obiekty, gdzie przykładowo drzewo pozostaje drzewem.
W obu przypadkach nie mam żadnych zaostrzeń w kwestii wsparcia kadrowania przy większych powiększeniach.
System, owszem dyskretnie podpowiada i na ułamek sekundy potrafi się zatrzymać w konkretnej pozycji, ale nie robi tego z dużą nachalnością przez co dość łatwo wprowadzać mikro korekty.
Chyba żadne porównanie nie oddaje lepiej wspomnianego już przeze mnie problemu, gdzie Vivo wykazuje się węższą dynamiką tonalną. Wspomnę tylko, że oprogramowanie jest aktualne.

Ustawienia w tym wypadku specjalnie przywrócono do domyślnych, a mimo to widać wyraźnie, że smartfon z jakiegoś powodu kompletnie inaczej rozłożył akcenty w ramach pomiaru światła.
Nie jest to oczywiście sytuacja permanentna, a raczej losowa, ale ten przykład pokazuje, że czasami może wystąpić taki właśnie efekt.

Jeśli macie jakieś pomysły, będę wam bardzo wdzięczny za pomoc. Efekt rozmycia, czy ilość detali pozostaje tu na bardzo podobnym poziomie.
Będąc jeszcze przy teleobiektywach chciałbym wspomnieć kilka słów na temat trybu makro, który w obu przypadkach jest realizowany przez teleobiektywy, choć różni się podejściem samego oprogramowania.

Vivo daje priorytet dla obiektu w całości, dzięki czemu z jednej strony łatwiej ustawić ostrość i zrobić zdjęcie.
Z kolei Huawei bardziej zachęca do eksperymentowania z głębią ostrości. Umówmy się, w przypadku fotografii makro ma ona gigantyczne znaczenie.
Dodatkowo na korzyść Huawei przemawia nieco krótszy dystans ostrzenia.
W obu przypadkach otrzymamy naprawdę efektowne ujęcia, ale tym z Huawei przyznałbym jednak punkt więcej za dodatkowe możliwości.
Selfie, wideo i stabilizacja: filmowe ambicje obu modeli
Podoba mi się, że w obu przypadkach fotografując frontową kamerą mamy do dyspozycji trzy różne pola widzenia.
Tu, przy okazji, możecie zobaczyć, że Vivo dopiero przy dwukrotnym powiększeniu inaczej dobrało parametry ekspozycji.

Moim zdaniem jest to ustawienie optymalne. W pozostałych przypadkach znowu ma się wrażenie, jakby ekspozycja spadła o co najmniej połowę jednostki miary.
Huawei z kolei sprawia wrażenie, jakby ktoś stał przede mną i świecił dodatkową lampą.
Co do zasady, otrzymamy ponownie bardzo zbliżone jakościowo zdjęcia, dobrze oddające szczegóły, ale Vivo będzie wymagać częstszych interwencji w ramach dalszej postprodukcji.
Dopiero video selfie pozwala na wyrównanie się wartości ekspozycji, gdzie to Vivo zyskuje delikatną przewagę w lepszym odtwarzaniu prześwietleń na skórze.
Dodatkowo w Vivo dysponujemy trybem portret filmowy, który będzie imitować dla nas efekt płytkiej głębi ostrości.
Działa to naprawdę dobrze i nie zauważyłem żadnych rażących błędów. Podobnego trybu nie znalazłem w Huawei.

Kiedy porównamy ze sobą statyczne ujęcia nagrywane w 4K, zobaczymy, że w obu przypadkach mamy do czynienia z naprawdę świetną jakością obrazowania.
Główną różnicę stanowi nieco bardziej płaski profil kolorów po stronie Vivo, co już na tym etapie stwarza delikatne pole manewru przy ewentualnej edycji.

Nie jest to przypadek, bowiem w trybie Pro dla wideo otrzymujemy dostęp do formatu LOG, pozwalającego zarejestrować pełny zakres tonalny.
To z kolei daje zdecydowanie większe możliwości w ramach postprodukcji materiału. Vivo dołącza więc do takich producentów jak Apple czy Samsung, którzy również umożliwiają samodzielne kolorowanie.

Ma to niebagatelne znaczenie, gdy zależy nam na oddaniu konkretnego nastroju lub estetyki w filmie.
Zresztą wkrótce temu tematowi poświęcę cały osobny materiał, w którym pokażę wam jak profesjonalnym narzędziem do filmowania może być już dzisiaj smartfon.

Na koniec rzućmy okiem jak radzi sobie stabilizacja głównych jednostek w trakcie filmowania. W obu przypadkach obraz jest płynny, a spokojny chód nie przenosi drgań.
Trudno wskazać tu faworyta. Oba smartfony dają nam podobną jakość stabilizacji.

Różnicę zobaczymy, gdy przełączymy się na dodatkową, programową stabilizację, który standardowo obniża wyjściową jakość filmu ze względu na ruchome marginesy w trakcie stabilizowania kadru w centrum.
Mam wrażenie, że w przypadku Vivo tryb ten nie wnosi zbyt wiele, zaś w przypadku Huawei widać, że obraz skupia się na tym by nie wypaść po centralny punkt, ale niestety objawia się to wyraźnym drganiem.
Tu zdecydowanie lepszym rozwiązaniem będzie wsparcie się dodatkowym gimbalem dla smartfonów.
Wnioski: remis gigantów i zapowiedź nowego gracza
Nie ukrywam, że jestem ciekaw waszych opinii w tym porównaniu, bo choć różnice między Vivo a Huawei rzeczywiście istnieją, to w większości przypadków to niuanse, które zauważy dopiero wprawne oko.
Mówimy tu raczej o odmiennych filozofiach fotografowania, niż o faktycznej przewadze jednego z producentów, co zresztą byłoby zaskakujące biorąc pod uwagę klasę obu urządzeń.
Vivo stawia na bardziej naturalny, stonowany obraz i lepszą ergonomię aplikacji, Huawei nieco mocniej ingeruje w końcowy efekt, podbijając jasność i kontrast, co może podobać się użytkownikom.
Jedynym elementem, który wyraźniej zwrócił moją uwagę, pozostaje automatyczny dobór ekspozycji w Vivo – niekiedy zbyt ostrożny i wymagający interwencji użytkownika.

Trudno więc wskazać jednoznacznego zwycięzcę, bo oba te smartfony reprezentują najwyższą półkę mobilnej fotografii i jasno pokazują, jak daleko zaszła technologia w tym segmencie.
To nie jest już pojedynek na liczbę megapikseli, co ma miejsce w dużo tańszych segmentach. Tu priorytetem jest finalna jakość obrazu.

Zarówno Vivo i Huawei konsekwentnie rozwijają swoje rozwiązania.
Inwestują w zaawansowane optyki, powłoki soczewek oraz unikalne funkcje, które z czasem mogą przesunąć szalę zwycięstwa w jedną stronę.

Na dziś uznałbym, że bliżej nam do remisu, ale takiego, który zdecydowanie cieszy, bo pokazuje, że konkurencja w świecie fotosmartfonów jeszcze nigdy nie była tak wyrównana.
Ale tym materiałem nie mówię koniec. Być może jest na horyzoncie urządzenie, które w tym układzie sił będzie jednak w stanie porządnie namieszać.
Andrzej Krupiński
Witam, czy aparaty główne w tych urzadzeniach oferują możliwość wykonywania zdjęć w formacie 16:9?